I love cyclocross

Walenie serca

Oddech

Walka

Błoto

 

Piwo, frytki i kibice.

 

Brak mi czasem słów. Tak zwyczajnie. Używam słowa „walka”, a ono brzmi, jakbym mówiła „pralka”. Piszę słowo „nierealny”, a ono brzmi jak „chleb z dżemem i kiełbasą”, czy coś podobnego. Drapię się po głowie i myślę: „co ja gadam?”. Jaki znowu „nierealny”? Przecież to nie to słowo! Ono nic dla nich nie znaczy. Nie zrozumieją. To dla nich dżem i kiełbasa.

Cyclocross to niewyobrażalny wymiar. Kiedy startuję w przełajach (Ty, Anka, nie startujesz. Czy ktoś widział cię na przełajach w ostatnim roku?), czuję się kompletnie poza światem, poza rzeczywistością, poza własnym ciałem, które potrafię jednak precyzyjnie kontrolować. Nie ma mnie. Znikam. Jestem obrotem korby.  Monotonią tego ruchu. Precyzją tego ruchu. Jego rytmem. Jestem tym jednym celnym strzałem buta w pedał. Tym milimetrem, o który potrzeba unieść stopę, by wiedzieć, że trzyma. Jestem uderzeniem biodra na zakręcie. Jestem bandą, która trzyma mój rower na łuku. Jestem jej miękkością, jej śliskością i jej ulotnym subtelnym oparciem. Cała jestem wzruszeniem. Że mogę to robić.

 

Chyba nie potrafię już pisać.

 

I nie ścigam się już w przełajach. Chyba nigdzie się już nie ścigam. Teraz tylko się spieszę. A cyclocross nie ma nic wspólnego z pośpiechem. To nieśpiech. Tylko na wysokim tętnie. Mój Złoty przestał być przełajówką: ma fioletowe opony na szutry, torbę przytroczoną do ramy, ma koszyki na bidony i uchwyt na lampę. Jest łazęgą. Kundlem takim. Boi się błota, bo lata w błocie na boki. A ja nie chcę naciskać, nie narzucam się, mówię do siebie „Może on serio się boi? Zwolnij trochę! Daj mu spokój”.

 

Ludzie spieszący się i spóźnieni powinni występować w kaskach Red Bulla. Red Bull Channel powinien transmitować ich wpadki, komentować rywalizację, kto dziś ma na koncie największy przypał, kto zapomniał o ważniejszej rzeczy, kto zrobił sobie najwymyślniejszą krzywdę.

 

Nie czytajcie tego. To głupie.

 

Ja w sumie nigdzie się nie spieszę. Ja tylko na nic nie mam czasu.

 

To było w 2018 roku. Dawno. Valkenburg był jak górki za blokiem przebiegnięte ze wszystkimi dzieciakami z osiedla. Było błoto. Tak dużo błota, że Złoty zakopałby się nawet na przełajowych oponach. Miałam wtedy jeden obiektyw i wydawało mi się wtedy, że to ogromne ograniczenie. Ale te zdjęcia nie byłyby lepsze, gdybym miała torbę pełną słoików. Za bardzo trzęsły mi się ręce. Za dużo tam było emocji, żebym potrzebowała 200 mm. Do emocji starczy 35!

 

Dżem i kiełbasa, dżem i kiełbasa… Co ja powinnam tu napisać? To z jednej strony takie strasznie niecodzienne, że oni się śmieją, że piją to swoje rozcieńczone piwo i jedzą frytki za grube euro, a za ich plecami jest skupienie, ten najprecyzyjniejszy w sezonie oddech i uderzenie w pedały, i jest to coś, czego może nigdy nie doświadczyli. Nieśpiech. Na wysokim tętnie. Oni wszyscy są tego częścią, ale tak naprawdę nie są. Spijają tylko pianę z tego piwa. Piwo warzy się gdzie indziej. I może temu, kto warzy, wcale nie smakuje tak dobrze. On jest tylko rzemieślnikiem, który wie, że to zwykła praca. Zwykły ordynarny napój. I może dziwi się, że ktoś ma ochotę się tym upijać. A może się nie dziwi… Może zupełnie go to nie obchodzi.

 

Ja się upijam. Totalnie.

Ludzie w kaskach Red Bulla wygrywają czasem Mistrzostwa Świata…

 

Jutro zaczynają się Mistrzostwa Świata w kolarstwie przełajowym w Oostende, BEL. Nie potrafię wyobrazić sobie przełajów bez kibiców. To jednak jak warzenie piwa, którego nikt nie wypije…

 

Kto będzie najlepszy? Mathieu? Wout? Zdeněk?

Przeczytałeś? Coś przyszło Ci do głowy, gdy czytałeś? Refleksja? Myśl? Pół myśli? Napisz mi o tym.