Kwiecień 2014

 

Urodziny

Kiedy dostałam swój pierwszy rower, nic nie wskazywało, że będę lubiła się ścigać. Był upalny dzień końca wiosny 1979 roku, a ja świętowałam swoje trzecie urodziny. Później The Smashing Pumpkins nagrali o tym piosenkę. Rower jak czworonożne zwierzątko siedział na meblu zwanym przez nas wszystkich “skrzynią” i błyszczał. Wyglądał jak chudy żółty pies z poskręcanymi łapami zastygły w czasie wygryzania pcheł ze swojego grzbietu.
Pamiętam chyba uśmiechy moich rodziców fruwające w powietrzu wypełniającym duży pokój o betonowych ścianach. Może nawet miałam wtedy tak samo przykrótką grzywkę jak teraz i długo obchodziłam “skrzynię” dookoła w jakiejś nieśmiałości dziecka wychowanego w gierkowskim PRLu. Do teraz obchodzę tak wszystkie moje nowe rowery, nie mogąc uwierzyć w szczęście, które mnie właśnie spotyka.

Wszystkie drzewa rzucające obecnie cienie na przepełnione parkingi między blokami, były wtedy pojedynczymi gałązkami wyrastającymi z przyszłych trawników. Bezmiar asfaltowych przestrzeni wokół katowickiego Osiedla Paderewskiego był moim poligonem. Właściwie poligonem mojego taty. Generał Andrzej przeszeregował bowiem kółka w moim nowym zwierzątku, czyniąc go niestabilną maszyną do pokonywania twardych nawierzchni. Boże, jakie Katowice były ogromne!

 

Bez bocznych kółek

Dwa tygodnie później wszystkie brzydko ubrane dzieci na moim podwórku musiały usłyszeć ode mnie zdanie: „A ja już umiem jeździć bez bocznych kółek i bez kija z tyłu.” Zawstydzała mnie długość tego zdania i staram się powiedzieć je jak najszybciej, najlepiej od razu na początku znajomości. Umiałam. Może nie najlepiej, ale szło mi. W tamtych czasach nie zazdrościliśmy sobie rowerów, nie porównywaliśmy osprzętu. Nie ścigaliśmy się nawet wokół bloku. Jeździliśmy. Nasi tatusiowie pucowali swoje maluchy na przyblokowym parkingu, woda z pianą spadała kaskadami ku wpustom ulicznym poniżej, a my przejeżdżaliśmy przez te strumienie podnosząc tylko nogi do góry jak żaby. Prawdziwe żaby grały swoje żabie standardy w dużym zarośniętym stawie po drugiej stronie Alei Górnośląskiej, będącej teraz autostradą A4. Pozdzierane kolana bolały oczywiście tak samo bardzo, jak w jakiejkolwiek dekadzie później, goiły się jednak znacznie szybciej. F…!

 

20 km/h

15 lat później pod drzewami na Paderewie można się było całować, a żaby po drugiej stronie autostrady ograniczyły znacznie swoje rzępolenie. Chwilowo nie miałam wtedy roweru. Znosiłam to ciężko, ale pożyczałam czasem rower od taty, by móc wieczorami jeździć na rowerowe randki. Kuba dysponował licznikiem i informował mnie każdorazowo, gdy utrzymywaliśmy chwilową prędkość przekraczającą 20 kilometrów na godzinę. Nikomu do głowy nie przychodziło ściganie się. Parę dni przed otwarciem autostrady przejechaliśmy się rowerem z Katowic do Jaworzna po najrówniejszym asfalcie w całej Rzeczypospolitej. Odkryłam wtedy, że ojciec ma bańkę na oponie w okolicy największego zagęszczenia łatek na dętce. Dało się tak jednak jeździć, wiec jeździliśmy dalej. Dętki były drogie i trudno dostępne.

kolarze jadący po brukowanej drodze w stronę pałacu, jeden z nich robi zdjęcie

Za późno, by skończyć

Moje ściganie zaczęło się tak późno, że niektórzy mogą uważać, że to nawet za późno, żeby z tym skończyć. Miałam 29 lat, obronione wszystkie prace dyplomowe, pięcioletnie dziecko i żadnej styczności ze sportem na poziomie ciut wyższym niż lekcje wuefu. Nie miałam pojęcia o treningu, o sprzęcie, regeneracji, technice, jedzeniu, piciu, niepiciu… o niczym. Ledwo miałam, w co się ubrać: jedna para gaci, jedna koszulka bez kieszonek, rękawiczki, kask i świeżo zdobyte buty SPD. Właśnie skończyłam maraton w Istebnej na dziewiątym miejscu w open i trzeba by mnie było wychłostać i podtopić, by odechciało mi się jechać do Krakowa.

 

Kolejne lata mijały mi na pracy, jeżdżeniu kilometrów na rowerze i ogórkowych startach. Pamiętam jak złapałam dyskwalifikującą gumę jadąc po pierwsze w życiu zwycięstwo w xc. Siedziałam gdzieś w lichych wiosennych kwiatkach obok cuchnącego gnijącego strumyczka i wyłam jak dziecko, któremu w piaskownicy zburzono babki, zanim zdążyło pokazać mamie. Dorośli ludzie nie zachowują się w ten sposób! Taki epizod… Okropnie chciałam to wygrać.

 

55 kg

Potem wsiąknęłam na dobre. Ważyłam 55 kilo i było mi z tym cholernie dobrze. Pykałam sobie moje średnie dystanse, średnio się wysilając coś tam wygrywałam, patrzyłam z niedowierzaniem na zawodników z najdłuższego dystansu dublujących mnie przed metą, kręciłam głową, aż w końcu sama przeszłam do wymarzonej jednostki specjalnej – tych, co „jeżdżą swoje”. Czasami „jechanie swojego” zajmowało mi osiem godzin.

Dystans Grand Fondo stal się moim ulubionym typem wyścigu: średnie serce na poziomie 80% maksymalnego tętna, żadnego szarpania, po prostu jazda, walka bardziej z samą sobą niż kimkolwiek na trasie. Meta weryfikowała wszystko. Zdarzało mi się wyprzedzać tych, którzy wyprzedzili mnie dwie godziny wcześniej. Przegrywałam też z dziewczynami, które zlekceważyłam. Bardzo wygodne ściganie. Dla wytrzymałych. W życiu nie trenowałam pod Giga – jeździłam jedynie na rowerze. Nigdy nie byłam świetna, ale byłam na tyle mocna, że powrót do Mega uwłaczałby mi śmiertelnie. „Jestem już za stara na Mega,” mówiłam. „Mega jest dla szybkich.”

 

kolarze podczas przerwy na skrzyżowaniu

 

Do góry nogami

A potem wszystko się zmieniło. Inna praca, dojazdy, coraz gorsze zgony daleko od mety, a wszystko to skonfrontowane z moją nowa miłością: przełajami. Nagle zapragnęłam jeździć na maksa i przestałam zapisywać się na Giga. Z początku bolało. Mentalnie. To co przynosiło jednak samo ściganie, wyczuwanie własnych granic i balansowanie na nich, danie z siebie absolutnie wszystkiego od początku do końca, stało się moim narkotykiem. Po dziesięciu latach jeżdżenia na rowerze w zawodach, zaczęłam się ścigać. I dotarło do mnie, że uwielbiam to. Razem z tą zmianą, właściwie zawody przestały mnie stresować. Wartością jest walka, nie wynik. Tak jak darem jest miłość, a nie wzajemność!

 

Nowe

To co wydarzyło się z początkiem tego sezonu przerosło moje oczekiwania. Zima była jak pożeranie pizzy, na którą stanowczo za długo się oczekiwało: kontuzja i „niedokończenie” poprzedniego sezonu, zdobycie mistrzostwa Polski w przełajach zaostrzyły chyba mój apetyt. Zima była pracowita: sporo biegania, trenażera i łyżew. No i nowy, baaardzo inny rower. Przeskoczyć z trzech blatów z przodu na jeden? Czemu nie!

Na przełomie maja i kwietnia przeżyłam coś, czego nie doświadczyłam nigdy wcześniej. Nie, nie chodzi o flow. Wygrałam dwa maratony. Ale nie chodzi też o zwycięstwo. Wygrałam dwa maratony z tętnem jak na cross country i na świeżej nodze. Nie wiem, jak to zrobiłam, ale to było najlepsze uczucie na świecie. Czysta głowa i niesłabnąca siła. Do końca.

Może po prostu 29” jest szybsze od 26?