Wczoraj wypiłam osiem kubeczków rosołu z kurczaka. Po żelach i Coli to było jak nektar.

Myślę, że to było to!

Dziś przenieśliśmy się godzinę drogi na wschód z Cordoby w okolice Linares. Nowe góry, nowe nachylenia, nowa nawierzchnia… na miejscu byliśmy tak wcześnie, że miałam dużo czasu na rozkręcenie swojego przedstartowego stresu.

70 kilometrów, 1900 metrów przewyższenia. Trzecie grand fondo z rzędu. 20 km pagórkowatej rozbiegówki, 10 km podjazdu, kolejne pofałdowane 15, 5 podjazdu i 20 pofałdowanego powrotu do mety. W tym wszystkim gdzieś dwa długie zjazdy niewiadomej trudności. Tak wygląda naklejka, którą mogłam dziś przykleić na kierownicę…

Pierwszy raz od startu świeci słońce. Chyba wolę słońce.

Dzisiejsza trasa jest dla mnie połączeniem Beskidów i Rychlebskich ścieżek, czyli tego, co znam i tego, co lubię. Rzeczywiście góry są inne, ale inne lepiej: zdecydowanie mniej szarpania na podjazdach i dużo technicznych zjazdów na pewnej skalnej nawierzchni: suchy łupek i piaskowce dobrze trzymają.
Znów troszkę singli i podjazdy: równe, długie, dla mnie.

Czekam, kiedy wyczerpią mi się baterie. Ale dzisiaj nic takiego nie następuje. Na całej trasie padają może trzy brzydkie słowa, za każdym razem po jakimś ryzykownym manewrze na zjeździe, tak dla przywołania samej siebie do porządku.

Momentami jest naprawdę stromo: Eagle i 32 zęby z przodu balansują dziś na granicy użyteczności.

Jutro 104 km i 1900 m wspinaczki.
Stówa na góralu to jednak zawsze stówa na góralu. Trzeba mieć nierówno pod sufitem…


Dziś od połowy trasy jazda z uszkodzoną manetką, którą z dużą dozą prawdopodobieństwa, sądząc po wielkości i bolesności sińca, rozwaliłam kolanem.

Refleksja z łóżka: MTB ma tyle wspólnego z szosą, co bieganie po bieżni z jeżdżeniem na nartach w żlebach. Obie dyscypliny polegają na czymś zupełnie innym.

Refleksja z wanny: jak straszny musi być udział w wielkich turach. Codzienne wpychanie śniadania w ściśnięty żołądek, grzebanie w torbach, zapamiętywanie numerów hotelowych pokoi, patrzenie w sufit, analizowanie tras, dopraszanie się o hasło do wi-fi, wybór miedzy drzemką a telefonem do domu, obtarty tyłek, spalona skóra, odciski na dłoniach, tysiące kilometrów asfaltu pod kołami i absolutna niemożność przewidzenia formy i nastroju.
Najgorsze jest grzebanie w torbach!!!

 

Pozostałe etapy tutaj:

VENGA, VENGA! ANDALUCÍA BIKE RACE. ETAP 1 I 2.

LA CHICA FUERTE ANDALUCÍA BIKE RACE. ETAP 3.

DÍA DE MUERTOS ANDALUCÍA BIKE RACE. ETAP 5.

OGIEŃ! OGIEŃ! OGIEŃ! ANDALUCÍA BIKE RACE. ETAP 6, OSTATNI.