Są takie potrawy, które uwielbiasz, ale z powodu ich pracochłonności robisz je tylko od święta. Chyba, że goście… Dla gości też przesiedzisz w kuchni kilka godzin, zwłaszcza jak goście smakosze i docenią wykwintność dania.

Tak samo jest z trasami. Są trasy tak czasochłonne, a jednocześnie tak wykwintne, że robisz je tylko od święta. No chyba, że przyjeżdżają goście…

Adam ma spory apetyt, w dodatku nie tknie byle czego. Jeśli pięć miesięcy siedzi na Teneryfie, tam robi everesting, a potem objeżdża trasę Tuscany Trail, to czym go nakarmić, żeby nie wypadło jak bułka z serkiem topionym?

Adam zasługuje na coś, co będzie odpowiednikiem domowego pieczywa z twarogiem z mleka prosto od krowy i ziołami z ogródka – Jeseniki!

Październikowe Jeseniki były jak z bajki. Słońce przeciskające się przez żółte sita liści, chlapiące na asfalty plamami cienia i światła, ciepło głaszczące delikatnie najedzone, nasycone całym sezonem ciała. Jechałam wtedy na moim Treku z chrzęszczącym supportem i rozcentrowanym tylnym kołem, które wpadało w okropne niepokojące wibracje na zjazdach. Był październik, ominęliśmy podjazd na Pradziada, by zyskać na czasie, a i tak zjeżdżaliśmy do Vrbna w kompletnych ciemnościach, modląc się by najgłębsze dziury były gdzieś na drugim pasie ruchu. To dobry zjazd, na którym pojawiają się czasem niespodziewane wyrwy w asfalcie. Wtedy ląduje się na Marsie. W najlepszym wypadku, jest tylko dźwięk trzeszczących szprych i głuche uderzenie karbonu, które zagłusza ryczący bębenek. (Jechałam kiedyś na nowych kołach Shimano i czułam się, jakbym się skradała. Rower zdawał się chodzić na palcach, czaić się. Przestawałam pedałować i rower znikał, cichy jak kot na trawie. To było dziwne. Gdy przyzwyczaisz się do ryku Ratcheta, na cichym rowerze nie wiesz jak się zachować.)

Wtedy spotkałam psa na patyku.

Wtedy wydawało mi się, że mogłabym być szczęśliwa…

 

 

Pradziad

Zaczęliśmy z Vrbna. Jak zawsze. Można zacząć spod domu, ale do tego potrzebuję Oli i pięciuset koron na nocleg i gulasz, a nie mam tyle. W Karlovej Studance zatankowaliśmy wody w uzdrowiskowej czerpalni – woda tam jest lekko gazowana, trochę „aromatyczna”, ale pyszna.

Od Vrbna do Karlovej Studanki ciągnie się delikatny podjazd. To naprawdę kilka dobrych kilometrów. Potem zaczyna się sztywniej – Czeskie Mount Ventoux – góra z anteną na szczycie – Pradziad. Coś mi już świtało od zimowej fatbikowej wyprawy na Pradziada, coś nieśmiało roiło się w głowie… Teraz już wiem. Znam sposób na Dziada! Trzeba rozmawiać. Nie można się spinać, nie można poprawiać PR-ów, nie można liczyć zakrętów, bo wtedy Dziad dłuży się jak taśmociąg. Osiem i pół kilometra, najpierw lasem, potem otwartym terenem, wśród ludzi, z widokiem na antenę. Przegadaliśmy to. O planach na sezon, o Teneryfie, o wspólnych znajomych. Nigdy wcześniej ten podjazd nie był taki krótki!

 

Na Pradziadzie zawsze wieje.

Wiało. Spędziłam tam trzy minuty.

 

Nigdy, natomiast, na drodze w lesie nie było tyle żwiru. Ze żwiru samochody wzbijają tumany kurzu, na żwirze trudno się hamuje, żwir jest denerwujący, na żwirze można polecieć. Żwiru na asfalcie nie lubią nawet „żwirówki”.

 

Jadę na Checkpoincie – gravelu od Treka. W oponach 5 barów (tyle pozwolili nabić panowie ze Schwalbe), jest mi wygodnie, nie boli mnie chropowatość asfaltu, ani wyboje, nie straszne mi gwałtowne hamowanie. To cudowny przyjazny rower… na żwir. Na asfalcie czuję opór delikatnego bieżnika, czuję 35 milimetrów.

 

Istnieje niewielkie prawdopodobieństwo, że są na świecie ludzie, którzy lubią zjeżdżać z Pradziada. Ja nie lubię. Za dużo tam ludzi, za dużo samochodów i jest zawsze cholernie zimno. Checkpoint zjeżdża jak marzenie: okrągłe balony G-One i tarczowe hamulce pozwalają się puścić. Kiedy kończy się żwir i nie widać samochodów, puszczam klamki. Za Pradziadem czekają nas kolejne łagodne kilometry w dół, za Małą Moravkę, aż do wsi Moravice.

 

Nasza trasa to cztery sute podjazdy okraszone łagodniejszymi wzniesieniami. Niewiele jest tu płaskich fragmentów, ale są i zjazdy. Są czasem dziury, przyznaję, ale to nie kraj, gdzie łatę lepi się łatą. Czechy to kraj porządnych asfaltów. Można kłaść się w zakrętach i cieszyć się jazdą.

 

 

Dlouhé stráně

Tam jeżdżę od niedawna. To nazwa pompowo-szczytowej elektrowni wodnej zbudowanej na szczycie ściętej na ten cel góry. To trzecia największa taka na świecie. Jezioro w betonowej niecce na szczycie góry jest przedziwne, trochę jakby z innej planety. Ale nie jeździ się tam dla jeziora. Jeździ się tam dla podjazdu!

 

Podjazd prowadzi z Loučnej nad Desnou (Desna to rzeka) i, zabijcie mnie, nigdy nie pamiętam jak jest długi. Na pewno jest stromszy od Pradziada i na pewno bardziej bolą na nim nogi. W przeciwieństwie do Pradziada, z którego zjazd prowadzi podjazdem, na elektrownię wiodą dwie drogi. Obie nadają się do podjeżdżania, ale jedna z nich jest stanowczo lepsza na zjazd – ta prowadząca na Červenohorské sedlo – przełęcz z nowiusieńkim, nachylonym pod kątem 6% asfaltem.

 

 

Červenohorské sedlo

Tam docieramy koło 18:00, gdy niskie słońce przedziera się przez jasną zieleń buków i świerków tamtejszych lasów. Mamy dwie godziny do zmierzchu i świadomość, że „może zdążymy”. Dobra myśl, gdy ma się w nogach już 110 kilometrów po górach (na gravelu!).

 

Z Červenohorskiego sedla aż do Jesenika można chyba nie pedałować – to ponad piętnaście kilometrów zjazdu. Najpierw w alpejskim stylu, potem delikatne toczenie się jak po stole, pod który ktoś podłożył płaski klocek Lego.

 

Robię zdjęcia. Oczywiście, że robię. Wszyscy robimy. Chyba nie umiem robić już selfie. Uśmiecham się swoją szczeniacką duszą, a ekran pokazuje sfrustrowaną smutną twarz. Coś mi tu nie gra w tym życiu… A może za bardzo się tym przejmuję…

 

Rejviz

Rejviz jest wymyślony! Wymyślił go Wojtek, pisząc o nim na mojej Stravie. Pisał też o turku w szklance do latte i kaszlącej ekspedientce i najgorszych utopencach. Pamiętam to dobrze, bo od tamtej pory Wojtek dołączył do grona moich wymyślonych przyjaciół. Kiedyś spotkaliśmy się w Rejviz. Wioska wyglądała jak prawdziwa. To znaczy, prawie jak prawdziwa, bo takie wioski nie istnieją. Jedna ulica i rząd drewnianych domów w różnych kolorach. W Rejviz słońce zawsze nisko wisi nad horyzontem, a potem: plum! i chowa się za górami. Zawsze jest tak samo. W wymyślonych wioskach tak się dzieje. Bywają tam też często gospody z krzesłami, które mają twarze i wiodą z nich czarodziejskie drogi przez las, które powinny prowadzić pod górę, a rower sam po nich się toczy.

Nie szukajcie Rejviz na mapie. Rejviz nie istnieje.

 

 

Słońce zachodzi, gdy wyjeżdżamy z lasu na łąkę, którą rozpoznaję. Widzę drogę, przy której rosną jasnozielone klony. Na niebie świeci już Wenus.

 

Zjazd do Vrbna jest chłodny, ale jasny – widzę każdą dziurę, która mogłaby chcieć wyrwać mi szprychy.

Mam 160 kilometrów w nogach i żadnego PR-a na podjeździe. Coś mi nie gra w tym życiu… Albo pora naprawić szosówkę….

 

 

Dom

Pod kościołem gra orkiestra dęta. Znów ktoś umarł. Ludzie tak umierają. Nie przewidzisz, kiedy szlag cię trafi. Jedziesz, pijesz sobie spokojnie z bidonu, zagapiasz się na wiewiórkę, druga wiewiórka skacze ci do gardła i nie ma cię.

Sprytnie to ktoś wymyślił z tymi orkiestrami. Nie ma Ślązaka, którego nie ruszy takie granie. Obcy ludzie przechodzą i beczą jak za najlepszym sąsiadem. A jak nie beczą na ulicy, to potem przychodzą do domu i jacyś łagodniejsi się robią. Alkohol z kieliszka przy stole, a nie prosto z flaszki przy lodówce, i sztućce trzymają poprawnie, i uśmiechają się nawet i o dzień pytają, czy dobry. Umieranie zdarza się każdemu. Każdego to może spotkać…

 

Ten kwiecień był najcieplejszy od ponad dwustu lat, powiedzieli Czesi w moim radiu. A potem puścili Katy Perry. Akacje już dawno tak nie pachniały, proszę Pana. Czy będą jeszcze jakieś wiosny w tym życiu?

 

 

Tak się to narysowało:

Relive ‚Now, I can return this test gravel bike Ride’

 

 

Jeśli masz ochotę przeczytać o psie na patyku, czytaj TUTAJ.