Rapha Festive 500 była niczym w porównaniu z czelendżem, przed którym stoję obecnie, ponieważ kolarze nie czynią postanowień, kolarze rzucają sobie wyzwania. Jest 7 stycznia. Siódmy dzień czelendżu. Od siedmiu dni w mojej kuchni jest porządek. Jestem człowiekiem sukcesu!

 

Dzień pierwszy.

165 km, 1900 m przewyższenia.

Jest ciepło. Jest bardzo nudno. Mam w kieszeni 21 czeskich koron. W wiejskim sklepie właśnie za tyle kupuję Kofolę. Tak naprawdę kosztuje 22. „Są Święta, opuszczę wam.”

W tym roku nie spóźniam się na kolację. W tym roku wracam do domu po pierwszej gwiazdce, biorę prysznic i cały wieczór czytam świąteczne życzenia, siedząc przy stole w samej koszulce.

Boję się tej wigilii. Wigilie spędza się z bliskimi, a ja wszystkim powiedziałam „nie”. Nigdy czegoś takiego nie zrobiłam. Nie umiem przewidzieć, jakie demony przychodzą w taki wieczór do siedzącego w samej koszulce człowieka.

Czekałam. Nie przyszły.

Zmęczona i spokojna siedzę i uśmiecham się. Wigilię spędza się z bliskimi, więc uczciwie spędzam ją sama. Czasami tak jest lepiej.

 

Dzień drugi.

123 km. 1300 m przewyższenia.

Jest słonecznie i zimno. Mam cały dzień. Mogę spać do dziesiątej, wyjechać w południe i wrócić w nocy.

Ok.

 

Dzień trzeci.

59 km. 600 m przewyższenia.

Mogę spać do dziesiątej, ale nie powinnam. Drugi dzień Świąt to jeden z pięciu dni, jakie mam na Festive 500. A 500:5 = 100! (Ten wykrzyknik to nie jest silnia. To wykrzyknik.)

 

Dzień czwarty, piąty i szósty.

Siedzę w pracy. Niewiele się dzieje. Porządkuję papiery, odpisuję na maile, patrzę za okno, jak słoneczne południe zamienia się w granatowy nieprzyjazny wieczór. Myślę: przyjadę do domu, przebiorę się i wyjdę. Na 20 kilometrów, może 30. A potem wracam do domu, jest ciemno i zimno, a powietrze przesiąknięte jest dymem…

Jestem tylko miękką panienką… Czelendże są dla facetów.

 

Dzień siódmy.

103 km. 1025 m przewyższenia.

Mróz.

Nauczyłam się brać ze sobą termos. Wkładam go do obciętego bidonu, a bidon wkładam do koszyka. Bardziej lubię ten termos za otuchę jakiej dodaje, niż za jego rzeczywistą zawartość. Ot, herbata z cytryną i cukrem. Fakt, że o zmierzchu mogę nalać sobie mały kubeczek czegoś, co smakuje dokładnie jak napój, którym tata poił nas na nartach, sprawia, że łaskawiej patrzę na te zimowe kilometry dzielące mnie od domu. Comfort food – tak to się chyba nazywa… Moje comfort food jest z termosu, a to bardzo dobra opcja!

 

Dzień ósmy. Ostatni.

76 km. 630 m przewyższenia.

Leje. Cały czas. Potrzebuję pięćdziesięciu kilometrów. Ale może być trochę więcej.

Dlaczego na cx męczę się bardziej niż na góralu? Bo mój mózg myśli, że to szosa i chce jechać równie szybko? Nie wiem.

Na Orlenie opowiadam pani (muszę jakoś wyjaśnić, po co jeżdżę w błocie w Sylwestra, a jestem zbyt zmęczona, żeby zmyślać) na czym polega Festive 500. Pani składa mi noworoczne życzenia myjąc po mojej wizycie podłogę. Uśmiecha się szeroko, a ja w czasie jazdy dojadam jeszcze mojego hotdoga. Pół godziny później jestem znów głodna. W te Święta na pewno nie przytyję.

Na myjni spotykam Olka. Nie wiem skąd się tam wziął. Po prostu podjechał ze swoim góralem, kiedy właśnie kończyłam spłukiwanie i wykorzystał resztę mojego wrzuconego piątaka. Miał na sobie czapkę, którą robiłam mu na drutach.

Jest 7 stycznia, 21:27, a ja właśnie posprzątałam w kuchni.

Dawać jakiś kolejny czelendż!