Holendrzy dają sobie trzy buziaki w policzki i robią to szybko. Raz, dwa, trzy. U nas to ma tempo: raz raz, dwa dwa, trzy trzy. Koniecznie z wahaniem przy dwa.

Małe kłamstwa.
To nie jest szybkie życie. To nie są buzujące emocje. To nie są spotkania, drinki i grillowane ośmiorniczki. To nie delegacje. To urlop wykorzystany na drugą pracę. Instagram łapie tylko klatki z tego filmu. To czasami samotne siedzenie na lotniskach. To przeciągi i zimna kawa sączona godzinami, by mieć swój stolik do położenia laptopa. To szukanie kontaktów do podłączenia ładowarki. To dziwne puste knajpy w małych miasteczkach. To dylematy czy € 22,50 to nie za dużo za obiad…

Patrzę przez okno na zamglone pole. Na dwie wstążki ścieżki rowerowej po obu stronach ulicy, po której suną holenderskie elektryki. Mimo deszczu. Łaciaty spaniel ciągnie swoją właścicielkę, śmiesznie przebierając nakrapianymi łapami. Hipnotyzuje mnie to. Mój towarzysz ignoruje moje rzucane od czasu do czasu refleksje. To nie jest szybkie życie. To takie życie, że potrafię się tępo zamyślić i wystukać to wszystko nad talerzem pomidorowej zupy z fasolą, ignorując wszystko.

Nigdy w życiu nie widziałam tak ciężkiej cyklokrosowej trasy jak ta w Valkenburgu. Grząskie bagno, wąskie bandy i stromo. Potwornie stromo! Trasa wije się po zboczu Caubergu, który wyglada jak pomyłka twórców planety: wyrasta sobie z płaskiej jak stół krainy i stoi tam jak wryta, zadowolona z siebie mikrogóra. Dwadzieścia metrów spaceru po niej zamieniło dziś moje adidasy w kule gliniastego błota.

Jutro ubiorę moje nowe kalosze z Tesco i dowiem się, jak mało wiem o tym sporcie.
Do tego czasu muszę jakoś przezwyciężyć dreszcze… Jak zwykle w takich momentach coś we mnie tłucze się i wyje: dlaczego nie zabrałaś tu roweru?!!!