Najlepsza historia, jaką znam o Javorovým Vrchu jest tak stara, że ci którzy mi ją opowiadali, w latach osiemdziesiątych nosili jeansy Pyramid, a teraz przestali już jeździć na rowerze lub są tak starzy, że nic już z tego nie pamiętają. „To było gdzieś tam… nie na głównym trakcie… gdzieś trzeba było odbić… może bym trafił… nie pamiętam… a może już go nie ma…” powtarzają.

Ale wierzę im. Wierzę, że było, jak mówią, bo to taka góra, na której jest miejsce na wszystko: jesienią można tam trafić na rydze, latem na storczyki. W dzisiejszej dobie podobno każdy na Javorovým już był, choć wydaje mi się to mocno naciągane.

Kiedy moje kolarstwo mówiło na chleb chjep, na jabłko apko, a na cukierek bubul, moi koledzy jeździli góralami na Javorový. Mieli stalowe ramy, cantilevery i sztywne widelce, ale bywali w wielkim świecie! Z tamtych właśnie czasów pochodzi legenda o kopcu.

Mówią, że było na szlaku między Javorovým a Ostrým. Było średnicy tak wielkiej, że zagradzało przejazd ścieżką i trzeba je było objeżdżać. Wszyscy zgodnie mówią, że było wyższe od człowieka i że nigdy nie uwierzyliby, że może być tak ogromne… Mrowisko!

Nigdy nie udało mi się go odnaleźć… Wracam na Javorový tylko dlatego, że wierzę, że kiedyś na nie wpadnę i ponieważ ci, którzy je widzieli, są legendą mtb, do której ja nigdy inaczej nie trafię…

Czy ktoś z Was je pamięta?