W niedzielę Ślęża zrobiła się przezroczysta. Z jednej strony drogi Niemcza, która w promieniach zachodzącego słońca wyglądała na jeszcze bardziej żółtą i jeszcze brudniejszą niż rzeczywiście (A może ona taka jest? Żółta i brudna.) A z drugiej płaski samotny i przezroczysty masyw Ślęży, przez który prześwitywało różowo-szare niebo. Góra z kryształu dymnego, z ametystu, albo ciemnego plexi. Ludzie w zadymionej Sobótce mogą tego w ogóle nie widzieć, ale my tu, z daleka, mamy piękny widok: różowa plastikowa góra w różowym krajobrazie. Bartek Huzarski siedzi pewnie tam w domu u podnóża, obraca w palcach swój szklany medal z sobotniego Fat Bike Race’u i patrząc przez niego pod słońce, nie zdaje sobie sprawy, dlaczego światło jest dziś jaskrawsze. Myśli pewnie, że już wkrótce skończy się zima. A zima ma się dobrze: lód na chodnikach robi się coraz złośliwszy, moje płuca coraz czarniejsze, nogi coraz słabsze, a morale podlejsze. Chociaż nie. Nogi są całkiem w porządku.

Dolny Śląsk jest przepiękny. Piękny i smutny. Żółta Niemcza oddala się niesiona na falach wzgórz porosłych zdziczałymi śliwami, a ja patrzę tępo na banery lokalnych zakładów usługowych, szyldy Biedronek, auto-części, Orlenów i Lotosów tkwiących w krajobrazie jak psie kupy w brudnym, znikającym powoli śniegu. Chcesz ulepić wesołego bałwanka z końcówek weekendowych obrazów i wspomnień, a ciągle w nie wdeptujesz. Droga krajowa numer 8 od Bardo w stronę Wrocławia wygląda brzydko z dwutygodniowymi resztkami śniegu na poboczach. Mimo to jest strasznie kusząca: każde skrzyżowanie zdaje się otwierać drogę ku nowej zachwycającej cząstce krajobrazu, którą łatwo się zachwycić, jeśli przymknąć oko na betonowe płoty i nieład, który wkradał się stopniowo przez ostatnie 70 lat w te wypieszczone niemieckie miasteczka. Jeśli trudno ci przymknąć oko, pewnie nie ściągniesz nawet czapki, zasępisz się, zaczniesz tęsknić za domem, za czymś bezwarunkowo ładnym, ciepłym i dobrym, za stabilnym systemem politycznym, za niczym niezmąconą pewnością słuszności własnych kroków, za wiosną i dobrymi asfaltami. Dobre asfalty podnoszą morale o pięć stopni: dobry asfalt – dobrobyt i nadzieja, kiepski asfalt – bida, bylejakość, ból nadgarstków, “Boże coś Polskę” i ostatecznie “bój się Boga!”

Głuszyca jest inna. Wüstegiersdorf za czasów świetności musiała tętnić życiem. Wciśnięta między Góry Sowie, a nieprzyzwoicie strome Góry Suche wzbudza we mnie emocje, które każą mi brać pod uwagę reinkarnację jako opcję dalszej pośmiertnej tułaczki po świecie. Najmniejszy element tego zaniedbanego miasteczka, kąty pod którymi usytuowane są budynki, poziomy ich dachów, rytmy okien, w których podejrzewam rygorystyczne podporządkowanie regule złotego podziału, tworzą materię osady urbanistycznie idealnej. W dzisiejszej dobie trudno zdefiniować architekturę tego miejsca – jest zbyt wielkomiejska, zbyt pałacowa na dzisiejszą zapyziałość okolicy. Dawne zakłady przędzalnicze są martwe, ale przepych, jakim lubili się szczycić ich właściciele, przebija się spod tynków na baranka i podniszczonego klinkieru. Hitler musiał zawitać tu kiedyś, pod figlarnymi spojrzeniami tutejszych panien wypił regionalne piwo, poczuł się rubasznie i szepnął swojemu oficerowi: “Tutaj czuję się, jakbym miał olbrzymiego! Czuję się jakbym cierpiał na kompleks Riese*.” Oficer też był trochę pijany, ale “czuł się w obowiązku” i “miał misję”, usłyszał jedynie “kompleks Riese” i postanowił spełnić wizję Hitlera. “Ja wohl, mein Fuehrer! Wybudujemy tu Panu kompleks Riese.” Hitler zdążył już wytrzeć spod wąsika pianę po kolejnym lagerze, zaśmiał się tubalnie po bawarsku, wstał i uszczypnąwszy oficera w pośladek, dla odmiany zachichotał jak przedszkolak i powiedział na głos: “Meine Damen und Herren, oto nowy dowodzący tajnego Projektu Riese.” Na tym by się skończyło, ale oficer był ambitny i kochał Hitlera nad życie… Reszty historii domyśla się Bogusław Wołoszański.

*Riese – niem. olbrzym. Das Projekt Riese – kryptonim największego projektu górniczo-budowlanego hitlerowskich Niemiec, rozpoczętego i niedokończonego w Górach Sowich oraz na zamku Książ i pod nim w latach 1943–1945. (źródło Wikipedia)

Znam Głuszycę od strony tras maratonu MTB u Grześka Golonki. Choć stwierdzenie “znam” to spora przesada. Od 2009 roku twierdzę, że to najpiękniejszy maraton, jaki jechałam i trzymam się tego, mimo że ścigałam się też trochę w Alpach i na przepięknych Morawach i generalnie mało z tras pamiętam. Utrzymuję tak, mimo że wtedy nie byłam w stanie wjechać na Wielką Sowę z powodu wysokiego ciśnienia w oponach i kiepskiego amortyzatora, a na zjeździe z powodu odwodnienia dopadły mnie takie skurcze, że zdążyłam zjeść dwa batoniki i wypić pół bidonu, czekając aż puszczą, by spokojnie zwlec się z roweru. To był maraton porażka, a ja rok później uparłam się by mimo bólu kręgosłupa pojechać tam znowu, ale już nie pieścić się z dystansem mega, tylko polecieć sobie na giga. To był oczywiście rewelacyjny pomysł – przecież w innych okolicznościach trudno jest spędzić 8 godzin na siodełku!

Pod koniec listopada wdrapaliśmy się na Wielką Sowę od strony Srebrnej Góry. Kamienisty podjazd był równie trudny, jak wtedy w środku suchego lata 2009. Tym razem kamienie, na które liczyłam, że będą dawały oparcie, tonęły w grząskim błocie i mokrym śniegu. Było to ciężkie i nie ma co chwalić się wynikiem na Stravie.
W listopadzie tego roku zaczęłam robić różne dziwne rzeczy na rowerze. W Dzień Niepodległości (11 listopada! Nie 4 lipca!) jeździłam w krótkich gaciach po czerwonych skałach Arizony, a dwa dni później w śniegu między Brenną a Wisłą w Beskidach. Na fullu! W 2009 to było nie do pomyślenia! I śnieg. I full.

W poprzednich latach prychałam na rower zimą. Zdarzały mi się katastrofalne w skutkach próby, kiedy wszyscy mi uciekali, bo jak tu depnąć, kiedy zaraz leje się po plecach, potem trzykrotne zmiany wody w wannie, dygotanie pod kołdrą i świszczące oskrzela.

Ale…

To wszystko wygląda inaczej, kiedy ubierze się drugie spodenki, luźną kurtkę i ciepłe rękawiczki, ucieknie się od smogu, brudnych asfaltów i błota pośniegowego, a wpadnie w zaśnieżone Beskidy, w ten biały spokój… gdy porzuci się nadzieję na efektywne treningi, na dystans i prestiż a wymieni to na zgodę na niewidzenie szlaku, na brak kontroli i na dystans poniżej 20 kilometrów…

To oczywiście zupełnie nie ma sensu.

Nie po to “obrażam” się na ludzi nierozumiejących różnicy między kolarzem a rowerzystą, by teraz organizować sobie zabawy na śniegu w nadziei, że ma to coś wspólnego z kolarstwem tylko dlatego, że mam przy sobie urządzenie z pedałami.

Fat bike to nie rower. To tak jakby powiedzieć, że rower wodny to też rower. I maszyna do szycia też.

Zorientowałam się już w ubiegłym tygodniu, kiedy wyjeżdżaliśmy tym czymś na Pradziada. Porządny rower nie ma prawa jechać po śniegu. To wbrew zasadom! A to jedzie. Jak ponton. Mniej więcej. Generuje przy tym nienaturalny poziom frajdy, brak strachu wobec otwartych ekspozycji oraz zainteresowanie turystów z kijkami, a to z rowerem, do jakiego przywykłam, nie ma nic wspólnego.

Zjazd z Pradziada, który odkryła Mamba, jest ściśle tajny i latem obowiązuje tam zakaz jazdy rowerem: jest wąsko, stromo i niebezpiecznie. Niby zauważyliśmy zbliżone do owych cechy, ale zupełnie je zignorowaliśmy, oddając się szaleństwu, jako że szlak był całkowicie pusty, mięciutki jak pierzynka i przepiękny! Było też zimno, ale mieliśmy w brzuchach knedle z borówkami i roztopionym masłem, a wtedy mróz jest przez parę chwil bezsilny – knedle w brzuchu są jak tęcza bijąca z serduszek My Little Pony – zwalczają zło!

Tydzień później usiłowałam zwalczyć zło zwykłą bułką z Biedronki i nie było już tak łatwo. Parę kilometrów po starcie Monteria Fat Bike Race nie czułam jeszcze palców u rąk. Właściwie nie czułam nic: prędkości, kadencji, oddechu, formy, płuc, nosa i pontonu z bieżnikiem, który miałam pod sobą. Nie myślałam o tym w czasie wyścigu, ale myślę o tym teraz: czy gdybym miała do dyspozycji “prawdziwy” rower, jechałabym szybciej czy wolniej? Było twardo, a tam gdzie nie było, nie jechał nawet fat bike. Prawda jest jednak taka, że na tym wyścigu nie chciałabym mieć “prawdziwego” roweru. Gdybym miała “prawdziwy” rower, świat zrobiłby się nieznośnie mroźny, wyścig absurdalny, wynik istotny, a trening odbyty. A zimą chcę mieć to gdzieś. Meine Damen und Herren: Mein Projekt Riese – niby-rower na olbrzymich pontono-oponach.