Sobota, siódma rano.
Wyłączam budzik i pozwalam rzeczywistości docierać… Za oknem słyszę sikorkowe „cicibej cicibej” i „si si trn”, pokój pełen jest światła, leżę w nie swoim łóżku i jednym przymrużonym okiem widzę rower oparty o ścianę z czerwonej cegły. Nie jestem u siebie, czuję delikatne podniecenie, zaraz ubiorę rowerowe ciuchy i spotkam znajomych. Mój żołądek właśnie zamierza się ścisnąć od przedstartowego stresu, ale dociera do mnie, że nie będzie żadnych zawodów. Nie będzie żadnego pośpiechu. Jakie cholernie fajne uczucie!

Nic tak nie poprawia humoru, jak pierwszy ciepły wiosenny dzień, w którym nie trzeba się spieszyć (ścigać). Wszystko, absolutnie wszystko, w taki dzień wydaje się prostsze.

Wczoraj delektuję się jazdą przez zieleniejące powoli Wzgórza Niemczańskie. Jadę pięćdziesiąt na godzinę, z otwartym oknem, w słonecznych okularach, z tyłu mój (prawie mój) prawie plażowy cruiser Liv Hail, obok mineralna i pusty kubek po podwójnym espresso z maka. Niby nie lubię jeździć autem, ale dziś troszkę lubię. W końcu mogę się nie spieszyć…

Srebrna Góra
Byłam tu późną jesienią. Twierdza była ok, miasteczko też, góry w porządku, pogoda bywała już podlejsza, ale czy mogłabym już wrócić do domu? Tym razem jest inaczej. Mało jest w Polsce miasteczek równie urokliwych jak Srebrna. Położona wzdłuż wijącej się ku osiemnastowiecznej twierdzy drodze, pełna jest romantycznych domków, z których duża część jest fragmentem koszarów z czasów świetności twierdzy. Gdziekolwiek by się nie ruszyć, wszędzie chciałoby się przystanąć… Wszystko, co widać, jest ujmujące, a to, czego nie widać, jest jeszcze lepsze! Donżon twierdzy w kształcie czterolistnej koniczyny trudno przeoczyć. Jest odrestaurowany, obiletowany i warto go zobaczyć, ale najważniejsze jest niewidoczne dla oczu: w lesie bowiem ciągną się mury obronne, wały i fosy, które latem ukryte między drzewami podobno całkowicie znikają, teraz są, widać je i działają na wyobraźnię. Większość Tras Enduro Srebrna Góra leci tuż obok, czasem szczytem wału, czasem krawędzią fosy, w której czasem stoi woda. Dlaczego nikt wcześniej mi o tym nie opowiadał? To skandal, że tak późno tu trafiam!

Jest czas. Jest kawa. Jest ciepło. Podjazd asfaltem i szutrem z Centrum Turystyki Niekonwencjonalnej znam. Byłam tu jesienią i nie ma szans, żebym wtedy wykręciła tu lepszy czas. Grzesiek co trzysta metrów pompuje oponę, mój garmin popiskuje w plecaku, zmęczona jestem jak diabli, bo to piątek – najgorszy dzień w tygodniu, ale bujamy się powoli pod górkę, a pysk mi się śmieje jak młodemu juhasowi w redyk.

Trasa C.
“O! O!” Tak reagują dziewczęta, gdy zadarłszy kieckę w lesie, trafiają na kamienny obronny mur spadający ku fosie w miejscu planowanej toalety. Te w szortach reagują identycznie. Podoba mi się. Bardzo mi się podoba. Trasa jest naturalna, niezbyt trudna, nie stresuję się ścianką na początku, nie ma sensu się nawet przyglądać, skoro da się ją ominąć.
Muszę się najeździć na Hailu. Za chwilę Liv się o niego upomni, a ja nawet nie wiem, czy go lubię…

Otwarcie sezonu
Jak dobrze, że mam gdzieś w domu zielone włosy.
Otwarcie sezonu na Trasach Enduro Srebrna Góra nie ma nic wspólnego z rozpoczęciem roku szkolnego. Nic! I tygrysy, i panie domu, i Szkoci, i wróżki, i wampiry, i zakonnice, i szosowcy, i królewny, i Batman, i Darth Vader, wszyscy chcą się najeździć. Nawet ekipa przebrana za endurowców. Oni też.
Nic nie widzę przez moje zielone włosy.

Tarpany grzebią już w ziemi kopytkami i czekają na swoje zadania.
My bujamy się do góry na własnych siodłach. Trasa A, znów pół trasy A, trasa B i trasa C1.

Mamo, nie uwierzysz, zjadłam wątróbkę!
A teraz napiję się piwa i docisnę kiełbasą z ogniska.
A potem znów napiję się piwa i docisnę pierogami.
Święty Antoniczku, ale jestem zmęczona!

Niedzielna praca
Maciek jeździ jak szatan. Uwielbiam patrzeć na ludzi, którzy tak czują rower. Odnoszę wrażenie, że jest mu wszystko jedno, na co wsiada. Nie jęczy o opony, o ciśnienie, szerokość kierownicy. Nie ma w maćkowym jeżdżeniu żadnego wahania. Czasem myślę, że nie mielibyśmy większości ujęć, gdyby kto inny objeżdżał testowe rowery. Maciek zjeżdża tam, gdzie ja nie potrafię się wdrapać na nogach.

Nie mamy dobrego światła. Słońce znika nam co chwilę, a potem wali z całą swoją kosmiczną jaskrawością prosto w obiektyw, zostawiając wyluzowaną twarz Maćka w głębokim cieniu. Krajobraz jest chaotyczny, składa się z miliona łysych gałązek i szutrowej drogi, dopiero dalej porządkuje się w poprześwietlanych szarościach odległych wzgórz.
Pniemy się drogą na Rybnicki Grzbiet, co chwilę przystając i dyskutując nad kolejnymi ujęciami. Ja pstrykam, zmieniam obiektyw, znów pstrykam, pakuję aparat, zakładam mozolnie kask na skołtunione włosy i odpalam Hail’a. W tym czasie Maciek znika właśnie za wzniesieniem. Nasz model, bowiem, potrafi zjechać z Rybnickiego Grzbietu z prędkością 83 km/h i podjechać na niego ze średnią nie niższą niż 25. Testujemy Rometa ERE 500! Das Elekrtofahrrad aus Polen!

Dawaj, teraz ja!
Wracamy do Srebrnej, by oblatać jeszcze Rometa na ścieżkach. Słońce jest już niżej i starcza go na tyle, by zrobić kilka fot w wąwozie na początku trasy A. Maciek skacze ze sto razy na hopie, ale trudno go dobrze ustrzelić. W końcu zgarnia swoją Santę, żegna się, a ja dostaję elektryka. Zjeżdża normalnie. Jak każdy ful. Kiedy ścieżka się wypłaszcza, dostaję ataku śmiechu. Kiedy pnie się pod górę, ledwo utrzymuję się ze śmiechu na rowerze. “Szkoda, że cię nie nagrałem!” Mówi Grzesiek. Szkoda. To mogłoby stać się historycznym nagraniem, bo nie wydaje mi się, żeby za kilka lat ktokolwiek jeździł jeszcze na zwykłym rowerze!

Poniedziałek, osiemnasta.
W mieście wiosna wywabiła z nor brzydkich ludzi. Są wszędzie. Mają czarne paznokcie, za długie spodnie z wyciągniętymi na kolanach nogawkami i brudne mankiety w swoich kurtkach w kolorze szpitalnego seledynu i brązu. Mają spłaszczone nosy i patrzą tępo w przestrzeń, niczego nie wypatrując, niczemu nie pozwalając się ująć. Jakiś mężczyzna poczęstowany papierosem nie potrafi trafić nim do ust. Walczy z nim, pomaga sobie drugą dłonią. Jest tym udręczony, na twarzy maluje się wyraz prawdziwego cierpienia, nadludzkiego wysiłku. Brzydcy ludzie nie mają poczciwych twarzy, drąży ich niewyobrażalna frustracja, w której nie sposób już chcieć być dobrym. Ktoś o słomianych prostych włosach odpakowuje na stoliczku z ulicznej popielniczki foliowe zawiniątko z jakimś jedzeniem. Jego ręce, popiół papierosów i nieokreślone jedzenie w woreczku tworzą razem coś tak brudnego, że nie da się kojarzyć tego z żywnością. Śmieje się, ale to nie śmiech człowieka, który szarpie się z paczką czipsów i śmieszy go własna nieudolność: zabawna konfrontacja chęci z niemożnością. To śmiech jakiś szalony, nieprzystających do rzeczywistości, nie mający z nią nawet nic wspólnego. Słomianowłosy człowiek może być kobietą, ale to chyba nie ma znaczenia. Poruszający się na wiecznie ugiętych kolanach zgarbieni smarkacze krzyczą coś o kurwach…
Matka z dwojgiem dzieciaków o wzroście dwunastolatków i dorosłych zaciętych twarzach przemyka obok. Dzieci, idące karnie obok matki, nie patrzą na boki, nie obserwują, nie mają nic z dziecięcej ciekawości, nie interesują się pieskiem, wystawą, kwitnącym drzewkiem. Co się dzieje z tym miastem? Co się dzieje z tym krajem? Czy oni potrafią wyegzekwować swoje 500+, czy wiedzą, że im przysługuje?

Brzydcy ludzie nie zagadują ładnych. Pytają o ogień i drobne na bułkę. Ale nie wdają się w pogawędki, nie żartują, nie prawią komplementów, nie upominają. Brzydcy ludzie czują, że nie mają wpływu na świat ładnych, a ładni udają, że to prawda. Tylko dlaczego jest ich tak dużo? Na nic nie czekają, nigdzie się nie spieszą, opanowują miasto dziesiątkami swoich skacowanych bytów, zarażają marazmem wrażliwych gimnazjalistów. Co się stało, że wszystko nie potoczyło się lepiej?

Wstydzę się mojej dwułykowej kawy za 5,90, wstydzę się mojego ciastka i wstydzę się mojego jęczenia o nędzne życie za dwa tysiące.

Muszę to wyjeździć.