Kiedy dostajesz szczeniaka, patrzysz jak pije mleczko, cieszysz się, jak nie odstępując cię na krok, pakuje się do twojego łóżka i liże po twarzy. Nie myślisz wtedy: Boże, czemu psy żyją tak krótko. I kiedy w słoneczny lipcowy poranek jedziesz na rowerze przez pełne chabrów pola, nie myślisz: śmierdzi już jesienią. A ja pomyślałam… Nie zastanawiałam się nad tym. Zawiał wiatr i myśl sama wskoczyła do głowy i przykleiła się do czaszki gdzieś w okolicy zatok. Wokół tej myśli, w tej okolicy zatok, narosły nowe myśli: o długich nogawkach, o braku lampek, o dymie w powietrzu, atakach astmy, o pieprzonych ciemnościach, o zimnie, gnijących liściach i drapaniu oszronionego samochodu. Mogłam pomyśleć o jaskrawych zachodach słońca, o długich jazdach na przełajówce po rudych rybnickich lasach, o nowych butach, o chodzeniu na grzyby, o umawianiu się ze znajomymi na mieście, o knedlach ze śliwkami… Mogłam dostać ataku dzikiego entuzjazmu, a zamiast tego jakaś otchłań otworzyła nade mną swoją japę i mlasnęła. Ewidentnie żarła coś sfermentowanego!

Gdyby nie Strava, nie wiedziałabym, czym zajmowałam się w ostatnim miesiącu. Od kiedy objechałyśmy z Olką Tatry pod koniec czerwca, straciłam chyba kontakt z rzeczywistością. Właściwie niczego nie zawalam: pamiętam o tankowaniu samochodu, jem regularne posiłki, niczego nie zafarbowałam w praniu, płacę rachunki, udało mi się nawet w ciągu zaledwie dziesięciu godzin samodzielnie dojechać do Południowego Tyrolu. Zgrabnie przeskoczyłam z jednej pracy do drugiej, napisałam dwa przyzwoite artykuły i zrobiłam ponad tysiąc kilometrów na rowerze. Wiem, że robiłam to wszystko, ponieważ są na to dowody, ale żadnej z tych czynności zbyt dokładnie nie pamiętam… Jestem jak ping-pong w strumyku: gdzie go poniesie, tam jest. Wszędzie podoba mu się jednakowo, więc jest mu obojętne czy woda porwie go dalej, czy będzie kręcił się na płyciźnie, dopóki ktoś nie trąci go patykiem… Jest mu obojętne… Bo to zwykła biała piłeczka bez oczu.

Ostatni dzień w starej pracy był krótki. Nie zamierzałam już iść na zebranie pracowni, chciałam pozamykać wszystkie sprawy i wyjechać – czekała mnie jazda przez Czechy i Austrię, do północnych Włochy, a Google wspominał coś o pierwszej w nocy… To miało być szybkie angielskie pożegnanie, bez zbędnych sentymentalnych akcji. Przyszli całą bandą, a ja nie umiałam wykrztusić słowa, bo drżała mi broda. Jeśli wydawało mi się, że nic dla mnie nie znaczyli, to właśnie się okazało, że to trochę nieprawda. Sześć lat mówienia cześć przed siódmą rano, ukradkowych kielichów domowej nalewki przed śniadaniem, przechodzenie na “Ty” ze starszymi kolegami, wspólna niedola sobotnich nadgodzin, które i tak wszyscy lubili, pożyczanie sobie kawy, gratulowanie ślubów, dzieci i rocznic i masa projektów, które nie miały szans, a które ukończyliśmy ku chwale polskiej energetyki. Dotarło do mnie, że żegnam się z ludźmi, których chciałabym mieć obok siebie, za którymi będę bardzo tęsknić, a jednocześnie więź, którą utrzymywaliśmy, nie starczy nawet na telefon…

W drodze do Włoch przeprowadziłam dwie zdawkowe konwersacje: z Krzysztofem Hołowczycem oraz z austriackim samoobsługowym dystrybutorem paliwa. Głównie przy użyciu słów “co” i “Scheisse”.

Jeśli podejmę jeszcze w życiu próbę nauczenia się jakiegoś języka, będzie to włoski! Władanie moimi skromnymi zasobami włoskich słów sprawia mi niewypowiedzianą przyjemność. Otto panini brzmi tak strasznie ładnie, a dostaje się osiem bułek.

Trzydniowy pobyt w Dolomitach sprawił, że wszystkiego mi się odechciało: jak można się za cokolwiek zabierać, skoro jest tak mało czasu. Jak mam odkryć te wszystkie niesamowite miejsca, przeżyć je, ochłonąć po nich i nauczyć się w nich jeździć, skoro mam tylko weekendy? W dodatku przynajmniej dwa z nich muszę rocznie poświęcać na ogarnianie mieszkania, a dwa kolejne pochłoną jakieś niespodziewane imprezy, z których nie sposób będzie się wyłgać. Nawet posiadając goretexowe gacie, po roku eksploracji będę głęboko w lesie.
Dolomity są plamką na globusie. W rzeczywistości są bezkresne, olbrzymie, każde kolejne pół kilometra inne od pół kilometra, które przemierzyło się przed chwilą. Ścieżka, którą widzę na kolejnym zboczu, z bliska okazuje się półką skalną o wysokości kilku pięter, a piasek ścielący się u podnóża urwisk ma ziarna wielkości plecaków ze stelażem. Czy zachwyt waszym zdaniem jest radosny? Mój zachwyt zawsze podszyty jest smutkiem. To kompaktowa rozpacz dla żyjących w pośpiechu… Nie chcę już podróżować, nie chcę wiedzieć, że istnieją takie miejsca.

Nową pracę zaczęłam po pięciu godzinach snu.

Do nowej pracy da się dojechać rowerem w półtorej godziny.

Z nowej pracy można wracać okrężną drogą.

A potem wystartowałam w zawodach enduro.

Mój brat zawsze powtarza: nieważne o której wstanę, budzę się zawsze w okolicy dziewiątej.
Na enduro w Szklarskiej Porębie miałby zatem problem. Te zaczęły się o ósmej.

Nie potrafię wytłumaczyć, na czym polegają te zawody, bo ich nie rozumiem. Nie jestem przekonana, czy są to zawody rowerowe, bo rower tam niewiele pomaga, w każdym razie większość ludzi na większości trasy go nie używa. Nie wiem też dla kogo to dyscyplina, bo jeśli dla tych, co lubią zjeżdżać, to ta edycja była pod tym względem słaba: dzień wcześniej na Bike Maratonie zjazdów o podobnym stopniu trudności było znacznie więcej. Jedyne, co mi przychodzi do głowy to, że zawody enduro są po to, by się nagadać. Jest cicho, nie ma ruchu, tętno poniżej 170 bpm, wszyscy mniej lub bardziej żyją rowerem i ubierają się w tych samych ciucholandach. To raj dla wielbicieli konwersacji.
Ktoś to podobno wygrał.

W drugim tygodniu nowej pracy, skończyła mi się kawa i zaczęłam używać publicznej. Jakoś tu wytrzymam…

Potem umówiłam się z Andrzejem Kaiserem na lody. Niecałe sześćset kilometrów od domu.

Kaszuby czarują inaczej niż Dolomity. Kojarzą mi się z chlebem, miodem, głazami narzutowymi w polach i słowem “ichtiolog”. Tam czas płynie wolniej i jeśli tak naprawdę pamiętam coś z ostatniego miesiąca, to jest to mój dwudniowy pobyt tam. Potrafię przywołać emocje, gdy sunę przełajówką po tamtych pagórkach, jak jem palcami okonia i wyrywam żółte kurki z piaszczystej ziemi, czuję zapachy lasu i ścinający chłód wieczoru, widzę błyszczące kropelki na rzęsach zielono-rudych rosiczek rosnących na torfowisku, czuję wodę wlewającą się do moich Sidi, gdy robię im zdjęcie, słyszę kruki i Andrzeja powtarzającego kilka razy “kaszëbskô malëna”, gdy stoimy na rynku w Bytowie i wcinamy truskawki prosto z reklamówki. Mogłabym wyobrazić sobie jak prosto z dłoni zgarniam językiem kulki gigantycznych czarnych jagód a powietrze, które wdycham pachnie tylko nimi. Pamiętam to wszystko, bo może tam potrafiłam się w końcu nie spieszyć.

20 lipca pojechałam na tort, gdyż lubię wpraszać się na tort do ludzi, których lubię. Pani Premier miała w TV orędzie. Znów miała atak migreny i mówienie sprawiało jej ból. Tłumaczyła nam, obywatelom, jak niegodną postawą wykazuje się opozycja, jak bruździ i blokuje proces uzdrawiania Polski. Przysięgam, widziałam delikatne czarne nitki oplątane wokół jej małych, opuchniętych od pracy dłoni. Nitki zawieszone gdzieś u góry, pomagały unosić te cierpiące dłonie, gdy ona tak słaba tego dnia… Potem Pan Cejrowski, z twarzą zniekształconą w internetowej kamerce, jak śmieszny pies z wielkim nosem, siorbiąc swoją yerbę, pluł jadem do mojej kawy, prosto na mój malinowy tort i dobry nastrój. Propagandowy program o powrotach młodych do powstającej z kolan ojczyzny zagłuszyliśmy jakąś rubaszną rozmową o seksie… W drodze powrotnej chciało mi się ryczeć i po ciemku zgarnęłam QOMa na pięciokilometrowym segmencie.

Bike Maraton w Bielawie odfajkowałam bez noclegu. Był łatwy, choć dwukrotne podjechanie Kalenicy na napędzie 1×11 bolało. Znów ktoś pytał, czy „chce mi się jeździć to Giga”, czy nie trafia mnie szlag, gdy wiem, co mnie czeka na drugiej pętli…

Generalnie, to nie zastanawiam się nad tym. Nie mam za bardzo czasu…

W tym tygodniu wracałam z pracy przez dwa województwa. Jakoś szybciej robi się ostatnio ciemno…

Mój alegoryczny ping-pong zostanie pewnie ostatecznie połknięty przez oceanicznego żółwia, który w wyniku tego zdechnie.

P.S. O Dolomitach i Kaszubach, w umiarkowanie emocjonalnym stylu, poczytacie w sierpniowym Bike.