Kwiecień 2014
Kiedy dostałam swój pierwszy rower, nic nie wskazywało, że będę lubiła się ścigać. Był upalny dzień końca wiosny 1979 roku, a ja świętowałam swoje trzecie urodziny. Później The Smashing Pumpkins nagrali o tym piosenkę. Rower jak czworonożne zwierzątko siedział na meblu zwanym przez nas wszystkich „skrzynią” i błyszczał. Wyglądał jak chudy żółty pies z poskręcanymi łapami zastygły w czasie wygryzania pcheł ze swojego grzbietu.
Pamiętam chyba uśmiechy moich rodziców fruwające w powietrzu wypełniającym duży pokój o betonowych ścianach. Może nawet miałam wtedy tak samo przykrótką grzywkę jak teraz i długo obchodziłam „skrzynię” dookoła w jakiejś nieśmiałości dziecka wychowanego w gierkowskim PRLu. Do teraz obchodzę tak wszystkie moje nowe rowery, nie mogąc uwierzyć w szczęście, które mnie właśnie spotyka.
Wszystkie drzewa rzucające obecnie cienie na przepełnione parkingi między blokami, były wtedy pojedynczymi gałązkami wyrastającymi z przyszłych trawników. Bezmiar asfaltowych przestrzeni wokół katowickiego Osiedla Paderewskiego był moim poligonem. Właściwie poligonem mojego taty. Generał Andrzej przeszeregował bowiem kółka w moim nowym zwierzątku, czyniąc go niestabilną maszyną do pokonywania twardych nawierzchni. Boże, jakie Katowice były ogromne!
Dwa tygodnie później wszystkie brzydko ubrane dzieci na moim podwórku musiały usłyszeć ode mnie zdanie: „A ja już umiem jeździć bez bocznych kółek i bez kija z tyłu.” Zawstydzała mnie długość tego zdania i staram się powiedzieć je jak najszybciej, najlepiej od razu na początku znajomości. Umiałam. Może nie najlepiej, ale szło mi. W tamtych czasach nie zazdrościliśmy sobie rowerów, nie porównywaliśmy osprzętu. Nie ścigaliśmy się nawet wokół bloku. Jeździliśmy. Nasi tatusiowie pucowali swoje maluchy na przyblokowym parkingu, woda z pianą spadała kaskadami ku wpustom ulicznym poniżej, a my przejeżdżaliśmy przez te strumienie podnosząc tylko nogi do góry jak żaby. Prawdziwe żaby grały swoje żabie standardy w dużym zarośniętym stawie po drugiej stronie Alei Górnośląskiej, będącej teraz autostradą A4. Pozdzierane kolana bolały oczywiście tak samo bardzo, jak w jakiejkolwiek dekadzie później, goiły się jednak znacznie szybciej. F…!
15 lat później pod drzewami na Paderewie można się było całować, a żaby po drugiej stronie autostrady ograniczyły znacznie swoje rzępolenie. Chwilowo nie miałam wtedy roweru. Znosiłam to ciężko, ale pożyczałam czasem rower od taty, by móc wieczorami jeździć na rowerowe randki. Kuba dysponował licznikiem i informował mnie każdorazowo, gdy utrzymywaliśmy chwilową prędkość przekraczającą 20 kilometrów na godzinę. Nikomu do głowy nie przychodziło ściganie się. Parę dni przed otwarciem autostrady przejechaliśmy się rowerem z Katowic do Jaworzna po najrówniejszym asfalcie w całej Rzeczypospolitej. Odkryłam wtedy, że ojciec ma bańkę na oponie w okolicy największego zagęszczenia łatek na dętce. Dało się tak jednak jeździć, wiec jeździliśmy dalej. Dętki były drogie i trudno dostępne.
[/vc_column_text][/vc_column][/vc_row][vc_row unlock_row_content=”yes” row_height_percent=”0″ overlay_alpha=”50″ gutter_size=”3″ column_width_percent=”100″ shift_y=”0″ z_index=”0″][vc_column width=”1/1″][vc_single_image media=”71984″ media_width_percent=”100″][/vc_column][/vc_row][vc_row][vc_column][vc_column_text]
Moje ściganie zaczęło się tak późno, że niektórzy mogą uważać, że to nawet za późno, żeby z tym skończyć. Miałam 29 lat, obronione wszystkie prace dyplomowe, pięcioletnie dziecko i żadnej styczności ze sportem na poziomie ciut wyższym niż lekcje wuefu. Nie miałam pojęcia o treningu, o sprzęcie, regeneracji, technice, jedzeniu, piciu, niepiciu… o niczym. Ledwo miałam, w co się ubrać: jedna para gaci, jedna koszulka bez kieszonek, rękawiczki, kask i świeżo zdobyte buty SPD. Właśnie skończyłam maraton w Istebnej na dziewiątym miejscu w open i trzeba by mnie było wychłostać i podtopić, by odechciało mi się jechać do Krakowa.
Kolejne lata mijały mi na pracy, jeżdżeniu kilometrów na rowerze i ogórkowych startach. Pamiętam jak złapałam dyskwalifikującą gumę jadąc po pierwsze w życiu zwycięstwo w xc. Siedziałam gdzieś w lichych wiosennych kwiatkach obok cuchnącego gnijącego strumyczka i wyłam jak dziecko, któremu w piaskownicy zburzono babki, zanim zdążyło pokazać mamie. Dorośli ludzie nie zachowują się w ten sposób! Taki epizod… Okropnie chciałam to wygrać.
Potem wsiąknęłam na dobre. Ważyłam 55 kilo i było mi z tym cholernie dobrze. Pykałam sobie moje średnie dystanse, średnio się wysilając coś tam wygrywałam, patrzyłam z niedowierzaniem na zawodników z najdłuższego dystansu dublujących mnie przed metą, kręciłam głową, aż w końcu sama przeszłam do wymarzonej jednostki specjalnej – tych, co „jeżdżą swoje”. Czasami „jechanie swojego” zajmowało mi osiem godzin.
Dystans Grand Fondo stal się moim ulubionym typem wyścigu: średnie serce na poziomie 80% maksymalnego tętna, żadnego szarpania, po prostu jazda, walka bardziej z samą sobą niż kimkolwiek na trasie. Meta weryfikowała wszystko. Zdarzało mi się wyprzedzać tych, którzy wyprzedzili mnie dwie godziny wcześniej. Przegrywałam też z dziewczynami, które zlekceważyłam. Bardzo wygodne ściganie. Dla wytrzymałych. W życiu nie trenowałam pod Giga – jeździłam jedynie na rowerze. Nigdy nie byłam świetna, ale byłam na tyle mocna, że powrót do Mega uwłaczałby mi śmiertelnie. „Jestem już za stara na Mega,” mówiłam. „Mega jest dla szybkich.”
[/vc_column_text][/vc_column][/vc_row][vc_row unlock_row_content=”yes” row_height_percent=”0″ overlay_alpha=”50″ gutter_size=”3″ column_width_percent=”100″ shift_y=”0″ z_index=”0″][vc_column width=”1/1″][vc_single_image media=”71985″ media_width_percent=”100″][/vc_column][/vc_row][vc_row][vc_column][vc_column_text]
A potem wszystko się zmieniło. Inna praca, dojazdy, coraz gorsze zgony daleko od mety, a wszystko to skonfrontowane z moją nowa miłością: przełajami. Nagle zapragnęłam jeździć na maksa i przestałam zapisywać się na Giga. Z początku bolało. Mentalnie. To co przynosiło jednak samo ściganie, wyczuwanie własnych granic i balansowanie na nich, danie z siebie absolutnie wszystkiego od początku do końca, stało się moim narkotykiem. Po dziesięciu latach jeżdżenia na rowerze w zawodach, zaczęłam się ścigać. I dotarło do mnie, że uwielbiam to. Razem z tą zmianą, właściwie zawody przestały mnie stresować. Wartością jest walka, nie wynik. Tak jak darem jest miłość, a nie wzajemność!
To co wydarzyło się z początkiem tego sezonu przerosło moje oczekiwania. Zima była jak pożeranie pizzy, na którą stanowczo za długo się oczekiwało: kontuzja i „niedokończenie” poprzedniego sezonu, zdobycie mistrzostwa Polski w przełajach zaostrzyły chyba mój apetyt. Zima była pracowita: sporo biegania, trenażera i łyżew. No i nowy, baaardzo inny rower. Przeskoczyć z trzech blatów z przodu na jeden? Czemu nie!
Na przełomie maja i kwietnia przeżyłam coś, czego nie doświadczyłam nigdy wcześniej. Nie, nie chodzi o flow. Wygrałam dwa maratony. Ale nie chodzi też o zwycięstwo. Wygrałam dwa maratony z tętnem jak na cross country i na świeżej nodze. Nie wiem, jak to zrobiłam, ale to było najlepsze uczucie na świecie. Czysta głowa i niesłabnąca siła. Do końca.
Może po prostu 29” jest szybsze od 26?
[/vc_column_text][/vc_column][/vc_row][vc_row unlock_row=”” row_height_percent=”0″ overlay_alpha=”50″ gutter_size=”3″ column_width_percent=”100″ shift_y=”0″ z_index=”0″ shape_dividers=””][vc_column width=”1/3″][vc_column_text]Jeśli masz ochotę, możesz wesprzeć mnie i postawić mi wirtualną kawę. Na lepsze i szybsze pisanie!
Przeczytałeś? Coś przyszło Ci do głowy? Napisz. To dla mnie ważne.
[/vc_column_text][/vc_column][vc_column width=”1/3″][vc_column_text][/vc_column_text][/vc_column][vc_column width=”1/3″][/vc_column][/vc_row]
Odpowiadały różnie. O staniu na podium, wywiadach, o powołaniu do kadry, o rodzinie, która wspiera i docenia…
Kiedy zadawałam to pytanie, myślałam o konkretnym wydarzeniu z mojego ścigania. Długo to robię i w każdym sezonie jest coś, z czego jestem zadowolona… Czasem ktoś przypomni sobie, że zostałam górską wicemistrzynią Polski masters w kolarstwie szosowym (zapomni przy tym, że w tym samym sezonie zostałam też wicemistrzynią Polski masters w maratonie MTB… cholera, to w sumie było ważniejsze!) i da dyplom. Przez dziesięć lat byłam nauczycielem i nauczestniczyłam się w warsztatach chwalenia, motywowania i kreatywnych metod nauczania. Pochwała musi być szczera i adekwatna – chwalenie za błahostki jest do dupy, nie działa. Na robienie halo z czegoś, co było łatwe, odpowiedź jest: phi!
Najlepsza pochwała, jaką usłyszałam w stosunku do mojego jeżdżenia, padła z ust kogoś zupełnie obcego. Nawet dobrze go wtedy nie widziałam i pewnie już więcej się nie spotkamy. Podjazd pod Kalenicę, Bike Maraton w Bielawie 2017. Na Giga trzeba go podjechać dwa razy. Nic fajnego. Stroma łąka, a potem jeszcze stromsze poplątane korzenie. Na łące ciężko, na korzeniach szarpanina i walka o dobrą linię. Jeden błąd, jeden dłuższy uślizg koła i koniec jazdy. Jedziesz raz podnosząc się z siodełka, raz dociskasz, żeby koło nie straciło przyczepności: odciążyć przód, szarpnąć, uważać na tył i kręcić i uważać, żeby nie przywalić pedałem. Mordęga. Nie patrzę na boki, patrzę tylko tam, gdzie chcę poprowadzić rower. Toczę się, walczę, nie wiem jak to się dzieje, ale ciągle jadę. Przede mną ktoś rozmawia, ułamek sekundy i łapię ostrość na numerkach na kierownicach, ktoś wpycha rowery pod górę, mijam te rozmowy i słyszę za sobą: „Wiedziałem, że to musi być dziewczyna! Tylko one tak jeżdżą!”
Tak to było to. Najlepsza pochwała mojego kolarstwa. Szczere i adekwatne!
Kiedyś usłyszałam też, że mam serce do kolarstwa. Ale to było dawno i ten ktoś na pewno już tak nie uważa.
A w życiu? W życiu usłyszałam inną najlepszą pochwałę.
„Jak dobrze, że z moją matką da się normalnie rozmawiać.”
Szczere i adekwatne. Chyba.

Tak, jeżdżę też na góralu. Cały czas mówię, że jeżdżę głównie na góralu, tylko na szosie robię więcej kilometrów…
Kiedyś jechałam na przykład Andalucia Bike Race…
]]>

Panowie, ale posprzątać to proszę. Do domu chcę dojechać, a nie sprawdzać, czy do nieba się nie kleję. Rondo już i pięćdziesiąt na godzinę znowu. Wolniej, wolniej, bo źle widzę. O masz ci! się jej przypomniało, że w domu z kim gadać nie ma i ryczy! Nie rycz, głupia, inni mają gorzej.


Widzieliście gdzieś ostatnio te bieszczadzkie janioły? Te od spokoju. Poznikały jakoś. Może przez to się wszystko nie składa? Ludzie się pogubili, za szybko i za głośno wszędzie i one się boją chyba. Pod drzewami zawsze siedziały. Przezroczyste jakby, ale rumiane takie, jak chłopi Dudy-Gracza. Nic nie robiły, siedziały, poczciwe takie. Jak się je mijało, to te rumiane gęby podnosiły (bo siedziały takie zgarbione zawsze i z trawy coś plotły) i patrzyły tak jakoś wesoło. Pilnowały czegoś może, albo czekały na coś. Teraz tylko czerwone pyski widzę, co na innych psioczą i wygrażają, że ci inni to boga się nie boją. Nie ma już tych uśmiechniętych janiołów pod drzewami. Ja ich nie widuję… A przydałyby się.

Wyczyścili niebo. I granatowe się zrobiło. To standard taki teraz? W dzień to chyba zmienią na jasny?

Lodówka pusta. Dobrze, że kupiłam mleko. Mleko w kawie znaczy dom, czarna kawa znaczy, że się tułam. Nikt, kto się tuła, nie kupuje litra mleka, żeby dolać dwa łyki do kawy. Myślę sobie, że nie można ufać tylko Stravie. Dużo można poznać po mleku. A ja dawno nie piłam kawy z mlekiem. Strava mówi “okejka”. Mleko mówi “przystopuj – brzdí” (z czeskiego: hamuj).

Pracuję, jeżdżę i śpię. Śpię chyba najmniej.

Maj:
Dolinki Krakowskie na gravelówce – bomba! Będzie w Tour.
Beskidy na góralu – odzwyczaiłam się od sztywniaka i głupiego progu na Malinowie się boję.
Potem pojechałam na gravelu do Kato, wróciłam na gravelu z Kato i bachnęłam kawę z Hopem i Pandą. Z kubków „Diagnoza”. W „Halo Rybnik”. Cały dzień.

Następnego dnia z Kolarskim i z Makyo objechaliśmy koronę Jeseników. 3384 metry.

Potem cały tydzień ciułać kilometry wieczorami, natłuc ponad pięćset, a w piątek zrobić kalkulację i stwierdzić, że nie stać mnie, żeby jechać na zawody 100 kilometrów od domu. Bliżej się chyba nie trafią… (frustracja, pytania o sens, Albert Camus i dżuma).

Jeseniki na gravelu z Tomkiem, Eustachym, Błażejem i Wincentym. W sumie to ich dwóch tylko było. Znów 120+.
Potem znów dzienne mikrodawki trucizny: homeopatia rowerowa.

A w sobotę na dwóch bułkach z roladą ustrzycką, hotdogu z Orlena, trzech batonikach, coli i kawie wróciłam z Wrocławia do domu. W lodówce śledzie i wino. Zero mleka. Mówiłam? Tułaczka! (221 km).
A potem jeździłam na przepięknym rowerze enduro, który… nie nadawał się na strome zjazdy. Bo fajnie jest mieć myk-myka*, ale fajnie jest też, gdy myk-myk mieści się w ramie, bo dodatkowy ciężar na tej wysokości to żaden zysk. Nie powiem, co to za rower, bo i tak nie myślicie, żeby go kupić.

*myk-myk – takie coś. Teleskopowa sztyca inaczej.
A w niedzielę jest Nové Město na Moravě.
Jadę! Nie, nie na rowerze. Za daleko.
W Czechach mają jeszcze janioly podobno. Pod czereśniami siedzą i pstrykają pestkami w przejezdnych…
O tym, jak działa na ludzi Nové Město na Moravě, przeczytacie TUTAJ.
]]>
Jedziemy z Mambą wieczorną autostradą z Kato do Wro i gadamy sobie o różnych rzeczach. Że co z tego, że obie “nie umimy” jeździć, skoro jednak trochę “umimy.” Że nawet jak “umimy”, to i tak “nie umimy.” Ale jako że jeździmy lepiej niż 50 % społeczeństwa, to może w sumie “umimy”… Tak naprawdę, Mamba jeździ lepiej, ja jeżdżę więcej. Czyli Mamba “umi”, a ja bym chciała.
Z tyłu wieziemy dwa najbardziej feministyczne rowery na świecie i gdybyśmy same były feministkami, mogłybyśmy ogłosić jakiś manifest. Zamiast tego jedziemy sobie przez dwa Śląski i rozmawiamy o “niepolityce”.
Kellys Enduro MTB Series w Mieroszowie jedzie się po luźnym melafirze. Jak bardzo to może być gorsze od Beskidów? Bardzo. Bo Beskidy rzadko są tak strome jak Góry Wałbrzyskie.
Oj.
Jestem doświadczonym zawodnikiem enduro: doświadczyłam Szklarskiej 2017. Dzień po Pucharze Polski w maratonie mtb.
Oj.
Maraton mtb polega na dwóch rzeczach: na podjeżdżaniu i zjeżdżaniu. Enduro polega tylko na jednej z tych rzeczy. Akurat na tej, która gorzej mi idzie.
Oj.
Enduro to nie moja dyscyplina. I to jest w tym najlepsze: niczego nie muszę udowadniać!
O!!!
Nie mam ściśniętego żołądka, niczego nie zapominam, mam jasne szkła idealne do lasu, zero makijażu i dobry nastrój. Nawet znam kilka osób na starcie. Nawet kilka osób zna mnie…
Na enduro nie ma pośpiechu. Zupełnie. Nikt nie krzyczy, nie żąda licencji, nie straszy, nie pogania. Wyłączam w Garminie pomiar kadencji, wyłączam pomiar tętna – nie obchodzi mnie serce, ni dystans, ni prędkość. Zastanawiam się tylko, do czego będę zbierać grzyby…
Nienawidzę Dolnego Śląska! Nienawidzę, bo jest zbyt piękny i zbyt “nie nasz”. W Górach Sowich i Sudetach Wałbrzyskich każda wioska jest jak urbanistyczny cukierek, jak pudełko architektonicznych pralinek. Szkoda zjeść nawet jedną, bo wszystkie razem, wraz z pudełkiem tworzą cud. Karczmy na zakrętach, idealny układ drogi, kąt pod jakim widzi się domy, gdy wpada się z góry między pierwsze zagrody… Choć nie! Zagrody to nie tutaj! Zagroda brzmi przaśnie, w zagrodzie chłop z widłami stoi, a baba ma brudne nogi. W zagrodach domy łypią zezem i nie znają złotego podziału. Tutaj domy grają. Rytmami okien, proporcjami ścian i dachów, dostrojone do pragnienia gładkich doznań, które człowiek nosi gdzieś w sobie. Są tym dla oczu, czym wiolonczela i harfa dla uszu. Nie potrafię opisać, jak bardzo nienawidzę tego miejsca, bo nie sposób się nim nasycić. Nie można najeść się jedną pralinką Srebrnej Góry, jedną Głuszycy i jedną Mieroszowa. Jak w ogóle najeść się pralinkami?
Na pierwszym OSie doganiam Mambę. Nie spieszę się. Na stromiznach zsiadam z roweru. Nie mam jeszcze grzybów w plecaku, ale mam lęk wysokości. Usztywniam się i palce zaciskają się na klamkach. Tak jest zawsze. Czasem podnoszę mojej głowie poprzeczkę, przyzwyczajam ją, oswajam… Czasem głowa nie wie, że robię ją w konia, czasem nie wie, że mąci ją adrenalina, patrzy i mówi: jedź, to jest spoko. A ja jadę i gryzę się w język, by nie rzucić: durna! to jest tak strome, że nigdy wcześniej byś mi nie pozwoliła!
Czasem jednak głowy nie oszukasz. Ma swój rozum.
Flow to nie jazda Twisterem. Flow to nie gładka jazda w bandach. Flow jest wtedy, gdy nie wiesz, że robisz to, co robisz, bo tak cię to pochłania. Flow jest trudne. Flow nie zdarza się często. Przeżycie flow chowa się do szkatułki ze skarbami: z papierkam po Donaldach, amonitami, uśmiechami i miłością…
Nie pamiętam żadnego z oesów.
Nie pamiętam żadnego w całości.
Pamiętam uczucie jak rower słucha mnie w grząskim sypkim żlebie, jak zaskakuję sama siebie nawrotem, chwilę przed tym, gdy schodzę z roweru. Pamiętam jazdę trawersem z wypiętą nogą. Pamiętam widok swoich czarnych butów stąpających delikatnie po brązowej ziemi między korzeniami. Pamiętam jak biegnę fragment po trawiastej ścieżce, widząc powolną zbliżającą się postać przed sobą.
Nie pamiętam tych wszystkich metrów, które przejechałam skupiona na jeździe.
Pamiętam, że cholernie mi się podobało.
Mam dużo siły, bo 45 kilometrów to nawet nie dystans mega. Niektóre podejścia są walką – tak strome, że trudno je podejść i bez roweru. Wdrapujemy się zjazdem wcześniejszego OS i nie mogę uwierzyć, że zjechałam coś tak paskudnego. Jestem na zmianę załamana swoim tchórzostwem i zachwycona własną techniką. Kiedy widzę wyniki, nie wiem, co o nich sądzić. Raz się cieszę, raz wpadam w ponurą zadumę.
Podobno to nie były łatwe zawody…
Czuję dosyt…
Więcej o trasie napisali: MAMBA i BIKE
]]>Młynek miażdży ziarna kawy, potem buczenie wielkiego ekspresu i zapach… jest poniedziałkowy poranek, a ja ledwo kroczę z powrotem do biurka. Moje nogi mówią mi, że zrobiłam to mocniej niż kiedykolwiek do tej pory i to bardzo dobre uczucie.
Czy podium na Mistrzostwach Polski jest sukcesem? Tak, to sukces zbiegów okoliczności. To magiczny eliksir skomponowany z setek zupełnie zwykłych substancji. Tajemnicą są proporcje i zaklęcie. Żadne podium nie gwarantuje szczęścia, jeśli źle dobierze się zaklęcie. “Jedź, jedź, jedź, jedź!” To jedyne zaklęcie, jakie działa i jedyne, które może zagwarantować satysfakcję. Ale wcale nie musi…
Generalnie mam szczęście. Właściwie jestem cząsteczką złożoną z atomów szczęścia. To oczywiście może być bardzo zła i trująca cząsteczka, ale bycie taką cząsteczką bardzo pomaga.
W piątkowy wieczór czytam regulamin Mistrzostw: start o godzinie 11.00, dekoracja zwycięzców o 16.00. To oznacza konieczność przebycia siedemdziesięciu jeden kilometrów trasy maratonu ze średnią prędkością powyżej 14,5 km/h. Dla mnie niewykonalne. Nigdy w życiu nie miałam takiej średniej na dystansie Giga w górach. Nie wiem nawet, czy kiedykolwiek udało mi się dobić do takiej na dystansie Mega.
Czuję się dobrze. Nie stresuję się. Tęsknię za góralem, bo przez pracę kręcę tylko na szosie i to zwykle między domem a biurem. Dystans Giga jest przygodą, jest najlepszym sposobem na sobotę, dlatego cieszę się. Wiem, że wszystko mogę, a nic nie muszę. Cieszę się też dlatego, bo uwielbiam Wałbrzych. Miasto przypomina mi śląski Bytom, a góry wokół są tak soczyste, kapiące mtb, że trudno wyobrazić sobie lepsze miejsce na Mistrzostwa Polski w maratonie.
Jestem zupełnie spokojna. Dlatego zapominam rano kanapek.
Mam plan, ale nie mogę go tutaj zdradzić, gdyż wymaga to użycia niecenzuralnego słowa, a zastosowanie zwrotu “jechać szybko” nie oddaje istoty planu.
W drodze do Wałbrzycha bułka od Jacka, kawa z Orlenu i dwie drożdżówki z wałbrzyskiego Lidla.
W biurze zawodów nie ma tłumów. Pokazuję numerek, licencję i uśmiecham się do pani sędzi, która w Szklarskiej Porębie uratowała mnie przed bieganiem do samochodu po papiery. Jest chłodno, choć prognozy mówiły o 27 stopniach. Wieje. W kieszeni sześć żeli, pompka, dętka, klucze… Jadę w kamizelce. Albo nie! Albo lepiej tak. Najwyżej rozepnę. Spotykam znajomych, potem jeszcze kilku. A potem wciąga mnie gardło sektora i staję się jedną z nich: jedną z chudych, zwinnych, szybkich i wytrzymałych. Ciekawe jakim cudem…
Grand Fondo ma to do siebie, że trudno od niego odejść. Jest jak piękna, ale złośliwa kobieta. Życie z nią to udręka, ale dobrze się z nią pokazać… i trudno przestać jej pragnąć.
Moje Grand Fondo zawsze były spokojne: to dystans wykańczał. Aż do dziś!
“Ale nas dużo! Ale fajnie! W ubiegłym roku była taka garstka.” mówi Rita.
Stoimy, patrzymy, uśmiechamy się. Jestem najstarsza w sektorze. Starość to zawsze dobra wymówka. W mojej kategorii jest tylko Aneta i wiem, że jest szybsza. Mogłabym jechać jak ślimak, a i tak zostać wicemistrzem Polski. Ale plan jest inny. Plan zakłada bycie z siebie zadowolonym. Plan zakłada załapanie się na podium o 16.00.
Startujemy powoli. Nasz dziewczyński peletonik sunie wśród poniemieckich wałbrzyskich domów. “Juniorzy nas stratują” rzuca któraś. Juniorzy w końcu nas dochodzą. Mijają nas łagodnie, bez krzyków, bez przekleństw: chudzi i szybcy. Moje serce pompuje gorącą krew do ud, do stóp, do dłoni. Nie myślę, pcham: biodro, udo, stopa, jak ramię przy kole parowozu. Kiwam się na boki jak Chris Froome, skupiona na nawierzchni i pulsującym peletonie. “Jedź, jedź, jedź, jedź!” Grupa zaczyna się rozciągać.
Odpada Ania Urban. Nie wiem, co się stało. Może defekt… a może to nie ona… Czekam jeszcze kilka kilometrów, aż mnie wyprzedzi, potem zapominam. Ania schodzi z trasy nękana wirusem – czytam dzień później na Facebooku.
Mam przełożenia do cross country i nie wiem, czy dam radę wytrzymać w tym tempie do końca. Średnia 14,6 km/h i spada. O tym, że jadę szybciej niż zwykle, dowiaduję się po zjeździe na drugą pętlę: po raz pierwszy od początku sezonu, wokół mnie wciąż jadą ludzie. Na drugiej pętli wszystko poza nogą jest lepsze: przejazd korzeniastym trawersem jest mniej tłumny i suchy, zjazd żlebem wciąż stromy i wredny, ale już wiem, jak go zjechać bez lotu na księżyc i bez kolejnych szlifów. Nawet podjazdy jadę w większym skupieniu i nie tracę przyczepności na korzeniach. Tylko nogą już trochę słabsza.
Jak na gumie od kaleson, raz zbliżamy się do siebie, raz oddalamy: czerwono biały chłopak wyprzedza mnie na zjazdach, a ja doganiam go znów po paru kilometrach wspinaczki. Za każdym razem mówimy coś do siebie, coś zupełnie bez znaczenia… a może to właśnie niezmiernie ważne… że ciężko, że trzeba uważać, że korzenie, że stromo, że za chwilę znów się zobaczymy… Jest miły, nie krzyczy, czeka, aż znajdę odpowiednie miejsce, by go przepuścić.
Patrzę na stoper, na godzinę, na licznik. Czy da się przejechać góralem 13 kilometrów w pół godziny? Przecież wiem, że się nie da. Od kiedy to wiem, każdy kolejny podjazd coraz bardziej mnie boli. Wyłania się zza góry, wyskakuje zza zakrętu. “Nie mam już siły. Nie mam siły” mówię do kogoś niewidzialnego obok. Wyobrażam sobie, że stoi koło mnie, że wysłucha, zabierze stąd, uratuje… Nikogo tu nie ma. Jest tylko kamienista ścieżka wijąca się w górę i moje nogi. A moje nogi mówią: “Hej, jak przesuniesz się na czubek siodełka, to my to jeszcze podjedziemy z kadencji. Po co tak przepychać?!” To dobre, wytresowane nogi, które słuchają głowy tylko wtedy, jak dobrze podpowiada.
Przesuwam się więc na czubek siodełka, mimo że niewiele już czuję i nie mam pewności czy siedzę jeszcze, czy wiszę, a nogi kręcą swoje. Kręcą aż do ostatniego zjazdu. Przed ostatnim zjazdem sztyca wędruje w dół, oczy łapią ostrość gdzieś w dole w głębi lasu, nogi gotują się na łapanie balansu, ale głowa mówi “Nie. Nie chcę.” I dobrze mówi. To zjazd zabójca, legenda wśród zjazdów, zjazd, o który można się pokłócić, czy jest fajny, czy też w ogóle nie jest zjazdem. Dla mnie nie jest zjazdem!
Na mecie wciąż stoją sędziowie, za mną wciąż na metę wjeżdżają ludzie. Jest 16:13. Dekoracji jeszcze nie było. Jestem cząsteczką składającą się z atomów szczęścia… i oślego uporu.
Aneta jest przede mną. Dużo przede mną. A ja jestem I Wicemistrzem Polski w maratonie mtb wśród mastersów.
Gdyby nogi posłuchały marudzącej głowy i odpuściły, ja stałabym na tym samym stopniu podium, te same osoby ściaskałyby mnie gratulując tytułu. Ja miałabym tak samo brudną koszulkę, tak samo spierzchnięte usta i tylko odrobinę mniejszy uśmiech. Nikt by nie zauważył różnicy.
Podium na Mistrzostwach Polski jest sukcesem zbiegów okoliczności… Trofeum za najszybsze Giga w życiu odbiorę sobie w chwili słabości na kolejnym wyścigu.
Tekst ukazał się 12 września 2017 roku w magazynbike.pl
]]>Gdyby nie Strava, nie wiedziałabym, czym zajmowałam się w ostatnim miesiącu. Od kiedy objechałyśmy z Olką Tatry pod koniec czerwca, straciłam chyba kontakt z rzeczywistością. Właściwie niczego nie zawalam: pamiętam o tankowaniu samochodu, jem regularne posiłki, niczego nie zafarbowałam w praniu, płacę rachunki, udało mi się nawet w ciągu zaledwie dziesięciu godzin samodzielnie dojechać do Południowego Tyrolu. Zgrabnie przeskoczyłam z jednej pracy do drugiej, napisałam dwa przyzwoite artykuły i zrobiłam ponad tysiąc kilometrów na rowerze. Wiem, że robiłam to wszystko, ponieważ są na to dowody, ale żadnej z tych czynności zbyt dokładnie nie pamiętam… Jestem jak ping-pong w strumyku: gdzie go poniesie, tam jest. Wszędzie podoba mu się jednakowo, więc jest mu obojętne czy woda porwie go dalej, czy będzie kręcił się na płyciźnie, dopóki ktoś nie trąci go patykiem… Jest mu obojętne… Bo to zwykła biała piłeczka bez oczu.
Ostatni dzień w starej pracy był krótki. Nie zamierzałam już iść na zebranie pracowni, chciałam pozamykać wszystkie sprawy i wyjechać – czekała mnie jazda przez Czechy i Austrię, do północnych Włochy, a Google wspominał coś o pierwszej w nocy… To miało być szybkie angielskie pożegnanie, bez zbędnych sentymentalnych akcji. Przyszli całą bandą, a ja nie umiałam wykrztusić słowa, bo drżała mi broda. Jeśli wydawało mi się, że nic dla mnie nie znaczyli, to właśnie się okazało, że to trochę nieprawda. Sześć lat mówienia cześć przed siódmą rano, ukradkowych kielichów domowej nalewki przed śniadaniem, przechodzenie na “Ty” ze starszymi kolegami, wspólna niedola sobotnich nadgodzin, które i tak wszyscy lubili, pożyczanie sobie kawy, gratulowanie ślubów, dzieci i rocznic i masa projektów, które nie miały szans, a które ukończyliśmy ku chwale polskiej energetyki. Dotarło do mnie, że żegnam się z ludźmi, których chciałabym mieć obok siebie, za którymi będę bardzo tęsknić, a jednocześnie więź, którą utrzymywaliśmy, nie starczy nawet na telefon…
W drodze do Włoch przeprowadziłam dwie zdawkowe konwersacje: z Krzysztofem Hołowczycem oraz z austriackim samoobsługowym dystrybutorem paliwa. Głównie przy użyciu słów “co” i “Scheisse”.
Jeśli podejmę jeszcze w życiu próbę nauczenia się jakiegoś języka, będzie to włoski! Władanie moimi skromnymi zasobami włoskich słów sprawia mi niewypowiedzianą przyjemność. Otto panini brzmi tak strasznie ładnie, a dostaje się osiem bułek.
Trzydniowy pobyt w Dolomitach sprawił, że wszystkiego mi się odechciało: jak można się za cokolwiek zabierać, skoro jest tak mało czasu. Jak mam odkryć te wszystkie niesamowite miejsca, przeżyć je, ochłonąć po nich i nauczyć się w nich jeździć, skoro mam tylko weekendy? W dodatku przynajmniej dwa z nich muszę rocznie poświęcać na ogarnianie mieszkania, a dwa kolejne pochłoną jakieś niespodziewane imprezy, z których nie sposób będzie się wyłgać. Nawet posiadając goretexowe gacie, po roku eksploracji będę głęboko w lesie.
Dolomity są plamką na globusie. W rzeczywistości są bezkresne, olbrzymie, każde kolejne pół kilometra inne od pół kilometra, które przemierzyło się przed chwilą. Ścieżka, którą widzę na kolejnym zboczu, z bliska okazuje się półką skalną o wysokości kilku pięter, a piasek ścielący się u podnóża urwisk ma ziarna wielkości plecaków ze stelażem. Czy zachwyt waszym zdaniem jest radosny? Mój zachwyt zawsze podszyty jest smutkiem. To kompaktowa rozpacz dla żyjących w pośpiechu… Nie chcę już podróżować, nie chcę wiedzieć, że istnieją takie miejsca.
Nową pracę zaczęłam po pięciu godzinach snu.
Do nowej pracy da się dojechać rowerem w półtorej godziny.
Z nowej pracy można wracać okrężną drogą.
…
A potem wystartowałam w zawodach enduro.
Mój brat zawsze powtarza: nieważne o której wstanę, budzę się zawsze w okolicy dziewiątej.
Na enduro w Szklarskiej Porębie miałby zatem problem. Te zaczęły się o ósmej.
Nie potrafię wytłumaczyć, na czym polegają te zawody, bo ich nie rozumiem. Nie jestem przekonana, czy są to zawody rowerowe, bo rower tam niewiele pomaga, w każdym razie większość ludzi na większości trasy go nie używa. Nie wiem też dla kogo to dyscyplina, bo jeśli dla tych, co lubią zjeżdżać, to ta edycja była pod tym względem słaba: dzień wcześniej na Bike Maratonie zjazdów o podobnym stopniu trudności było znacznie więcej. Jedyne, co mi przychodzi do głowy to, że zawody enduro są po to, by się nagadać. Jest cicho, nie ma ruchu, tętno poniżej 170 bpm, wszyscy mniej lub bardziej żyją rowerem i ubierają się w tych samych ciucholandach. To raj dla wielbicieli konwersacji.
Ktoś to podobno wygrał.
W drugim tygodniu nowej pracy, skończyła mi się kawa i zaczęłam używać publicznej. Jakoś tu wytrzymam…
Potem umówiłam się z Andrzejem Kaiserem na lody. Niecałe sześćset kilometrów od domu.
Kaszuby czarują inaczej niż Dolomity. Kojarzą mi się z chlebem, miodem, głazami narzutowymi w polach i słowem “ichtiolog”. Tam czas płynie wolniej i jeśli tak naprawdę pamiętam coś z ostatniego miesiąca, to jest to mój dwudniowy pobyt tam. Potrafię przywołać emocje, gdy sunę przełajówką po tamtych pagórkach, jak jem palcami okonia i wyrywam żółte kurki z piaszczystej ziemi, czuję zapachy lasu i ścinający chłód wieczoru, widzę błyszczące kropelki na rzęsach zielono-rudych rosiczek rosnących na torfowisku, czuję wodę wlewającą się do moich Sidi, gdy robię im zdjęcie, słyszę kruki i Andrzeja powtarzającego kilka razy “kaszëbskô malëna”, gdy stoimy na rynku w Bytowie i wcinamy truskawki prosto z reklamówki. Mogłabym wyobrazić sobie jak prosto z dłoni zgarniam językiem kulki gigantycznych czarnych jagód a powietrze, które wdycham pachnie tylko nimi. Pamiętam to wszystko, bo może tam potrafiłam się w końcu nie spieszyć.
20 lipca pojechałam na tort, gdyż lubię wpraszać się na tort do ludzi, których lubię. Pani Premier miała w TV orędzie. Znów miała atak migreny i mówienie sprawiało jej ból. Tłumaczyła nam, obywatelom, jak niegodną postawą wykazuje się opozycja, jak bruździ i blokuje proces uzdrawiania Polski. Przysięgam, widziałam delikatne czarne nitki oplątane wokół jej małych, opuchniętych od pracy dłoni. Nitki zawieszone gdzieś u góry, pomagały unosić te cierpiące dłonie, gdy ona tak słaba tego dnia… Potem Pan Cejrowski, z twarzą zniekształconą w internetowej kamerce, jak śmieszny pies z wielkim nosem, siorbiąc swoją yerbę, pluł jadem do mojej kawy, prosto na mój malinowy tort i dobry nastrój. Propagandowy program o powrotach młodych do powstającej z kolan ojczyzny zagłuszyliśmy jakąś rubaszną rozmową o seksie… W drodze powrotnej chciało mi się ryczeć i po ciemku zgarnęłam QOMa na pięciokilometrowym segmencie.
Bike Maraton w Bielawie odfajkowałam bez noclegu. Był łatwy, choć dwukrotne podjechanie Kalenicy na napędzie 1×11 bolało. Znów ktoś pytał, czy „chce mi się jeździć to Giga”, czy nie trafia mnie szlag, gdy wiem, co mnie czeka na drugiej pętli…
Generalnie, to nie zastanawiam się nad tym. Nie mam za bardzo czasu…
W tym tygodniu wracałam z pracy przez dwa województwa. Jakoś szybciej robi się ostatnio ciemno…
Mój alegoryczny ping-pong zostanie pewnie ostatecznie połknięty przez oceanicznego żółwia, który w wyniku tego zdechnie.
P.S. O Dolomitach i Kaszubach, w umiarkowanie emocjonalnym stylu, poczytacie w sierpniowym Bike: WŁOSKA ROBOTA i ROWEREM PRZEZ KASZUBY
]]>Jolanda Neff jest najpocieszniejszą osóbką, która kiedykolwiek dowaliła mi dwie i pół godziny na maratonie. W Jeleniej Górze startuje dzień po dniu: druga w Maja Race, pierwsza dzień później w UCI Marathon Series w ramach Bike Maraton. Jeździ z niemożliwie wysoką kadencją. Wiem, że wiecie, ale sądziłam, że sama tak potrafię… Niestety nie potrafię! Nie mam jej za złe, choć myślałam, że jesteśmy koleżankami i że poczeka. Tym bardziej, że miała moją dętkę.
Jolanda sporo je. W ilości spożywanej strawy (czy tego nie pisze się przez “v”?) przegrywa jednak ze mną. Ja przegrywam z Majką Włoszczowską. Majka je najwięcej. Wiecznie na pudle!
Tata Jolandy wygrywa Jelenią w swojej kategorii na dystansie Giga. Mój tata zrobił mi pranie mózgu przy wypracowaniu o Rogasiu z Doliny Roztoki. Od tamtego czasu po prostu wiem, jak to robić samodzielnie. Mój tata jest inżynierem. Nie spytałam, kim jest tata Jolandy…
Jolanda, niebieskookie dziecko z kolczykami z gigantycznych pereł, jeżdżące na mtb lepiej niż 99% zawodników w Polsce, zna też polską scenę kolarską: poznaje na zdjęciach ludzi, których ja ledwo tylko kojarzę.
Kolacja, właściwie już po, stół pokrywają talerze, kubki i puste filiżanki, Jola odkłada na bok pożyczoną tęczową koszulkę, którą dzień później skomentuje cały polski rowerowy Internet i wertuje “Szkołę życia” Mai Włoszczowskiej. Wskazuje postaci na fotografiach i wymienia imiona, czasem z uśmiechem, czasem z rozrzewnieniem. Bezbłędnie poznaje miejsca. Nawet na starych zdjęciach.
“Rozumiesz coś?” Pyta Darek.
“No.” Odpowiada po angielsku i śmieje się.
Wierzcie mi, rozumie. I prawdopodobnie zna Jelenią lepiej ode mnie.
Tęczowa koszulina z rysunkiem gór (Teraz już takich nie robią, Panie!), w której jedzie maraton, jest istotnie pożyczona i istotnie na nią za duża. Nie jest też nowa, ale za to oryginalna. Takich koszulek nie ma w Polsce za wiele…
Siedzę przy tym samym, zastawionym brudnymi naczyniami stoliku i ocieram się o wielki mały świat. Nie da się do tego świata wejść tak po prostu – to świat herosów. Kiedy jednak zagląda się od dziurkę od klucza, herosi jedzą palcami i pożyczają sobie ciuchy. Jolanda w koszulce Majki. Jej rozbawiony wzrok i absolutna beztroska wobec zbliżającego się wyścigu… Trump wpadający na Dudę: stary, moi zawalili, przeczytam twoje wystąpienie, co?
Kolarstwo jest fajne!
Prawdziwa beztroska wygląda jednak jeszcze inaczej: zwyciężysz na dystansie Giga, pakujesz się i jedziesz przebrać. W tym czasie wołają cię na podium, przepada ci 200 euro nagrody a dodatkowo dostajesz 100 franków szwajcarskich kary.
Jest pocieszna, prawda? Nie sposób jej nie lubić!
Maraton
Kiedy strome jest strome?
Kluszkowce w ramach Cyklokarpaty były nieludzkie. Mam czelność wątpić, że osoba wyznaczająca trasę przejechała ją kiedykolwiek w całości na rowerze. Nawet jeśli lubię pomarańcze, nie jestem w stanie wypić szklanki koncentratu. Stromizny maratonu w Kluszkowcach byłyby strawialne na godzinnym xc. Na osiemdziesięciu kilometrach odebrały mi przyjemność z jazdy. Kocham podjeżdżać, ale takie stężenie, nawet na Eagle’u powodowało odruch wymiotny. Nawet w Alpach nie jechałam tak rzeźnickiej trasy. Mój Garmin kilometrami pokazywał prędkość poniżej 3 km/h. Nie chcę tego jechać nigdy więcej. Nie dlatego, że to ciężkie, tylko dlatego, że śmiertelnie nudne. 82 kilometry cholernej monotonii. Ani jednego fragmentu, gdzie umiechnęła się moja góralska dusza. Ktoś kto układał tę trasę nie kochał mtb…
Jelenia Bike Maraton to kwintesencja! Przejezdna, urozmaicona, dwa strome fragmenty, fantastyczne techniczne zjazdy! Co z tego, że nie umiem skakać przez betonowe rynienki odwadniające (raz na sto zawsze nie wyjdzie)? Co z tego, że nigdy przenigdy nie oddaję nikomu dętki, a dziś akurat zmiękło mi serce i oddałam? (Fajny chłop, z rowerem na plecach, z dwoma zdechłym dętkami na kierownicy, w ładnym lesie… “Ach, Myśliweczku-Kochaneczku.” Myślę. “Masz!”) Co z tego, że wgniecionej obręczy nie zaklei najlepsze mleko? Co z tego, że do mety 30 kilometrów i właśnie zaczęło lać???
“Co z tego, że stara, mokra i brudna i gada do siebie? Pożyczę jej dętkę!” Pomyślał człowiek na pomarańczowym Cannondale. I pożyczył.
Nagadałam się na tym maratonie, że hej. Głównie ze sobą, ale także z Johanką w sektorze, i z Jolandą na starcie, z Michałem, i Bartkiem, i Andrzejem, i Maćkiem, i Marcinem, i człowiekiem z Rudy Śląskiej, i człowiekiem z Podlasia, i z Pomarańczową, co była szybsza, ale dla której nie miałam już kolejnej dętki… I z Grześkiem, co czekając na mecie, w poszukiwaniu spóźniającej się mnie postawił na nogi wszystkich sędziów i niesłusznie przypuszczał, że jakakolwiek rozmowa ze mną będzie niemożliwa z uwagi na niesprzyjające okoliczności pogodowo-wynikowe. Grzegorz na mecie dowiedział się w około pięciuset zdaniach, że chcę jeszcze!
]]>Ale wierzę im. Wierzę, że było, jak mówią, bo to taka góra, na której jest miejsce na wszystko: jesienią można tam trafić na rydze, latem na storczyki. W dzisiejszej dobie podobno każdy na Javorovým już był, choć wydaje mi się to mocno naciągane.
Kiedy moje kolarstwo mówiło na chleb chjep, na jabłko apko, a na cukierek bubul, moi koledzy jeździli góralami na Javorový. Mieli stalowe ramy, cantilevery i sztywne widelce, ale bywali w wielkim świecie! Z tamtych właśnie czasów pochodzi legenda o kopcu.
Mówią, że było na szlaku między Javorovým a Ostrým. Było średnicy tak wielkiej, że zagradzało przejazd ścieżką i trzeba je było objeżdżać. Wszyscy zgodnie mówią, że było wyższe od człowieka i że nigdy nie uwierzyliby, że może być tak ogromne… Mrowisko!
Nigdy nie udało mi się go odnaleźć… Wracam na Javorový tylko dlatego, że wierzę, że kiedyś na nie wpadnę i ponieważ ci, którzy je widzieli, są legendą mtb, do której ja nigdy inaczej nie trafię…
Czy ktoś z Was je pamięta?
Opis innych czeskich miejsc, w które jeżdżę często znajdziecie TUTAJ.
]]>Wyłączam budzik i pozwalam rzeczywistości docierać… Za oknem słyszę sikorkowe „cicibej cicibej” i „si si trn”, pokój pełen jest światła, leżę w nie swoim łóżku i jednym przymrużonym okiem widzę rower oparty o ścianę z czerwonej cegły. Nie jestem u siebie, czuję delikatne podniecenie, zaraz ubiorę rowerowe ciuchy i spotkam znajomych. Mój żołądek właśnie zamierza się ścisnąć od przedstartowego stresu, ale dociera do mnie, że nie będzie żadnych zawodów. Nie będzie żadnego pośpiechu. Jakie cholernie fajne uczucie!
Nic tak nie poprawia humoru, jak pierwszy ciepły wiosenny dzień, w którym nie trzeba się spieszyć (ścigać). Wszystko, absolutnie wszystko, w taki dzień wydaje się prostsze.
Wczoraj delektuję się jazdą przez zieleniejące powoli Wzgórza Niemczańskie. Jadę pięćdziesiąt na godzinę, z otwartym oknem, w słonecznych okularach, z tyłu mój (prawie mój) prawie plażowy cruiser Liv Hail, obok mineralna i pusty kubek po podwójnym espresso z maka. Niby nie lubię jeździć autem, ale dziś troszkę lubię. W końcu mogę się nie spieszyć…



Byłam tu późną jesienią. Twierdza była ok, miasteczko też, góry w porządku, pogoda bywała już podlejsza, ale czy mogłabym już wrócić do domu? Tym razem jest inaczej. Mało jest w Polsce miasteczek równie urokliwych jak Srebrna. Położona wzdłuż wijącej się ku osiemnastowiecznej twierdzy drodze, pełna jest romantycznych domków, z których duża część jest fragmentem koszarów z czasów świetności twierdzy. Gdziekolwiek by się nie ruszyć, wszędzie chciałoby się przystanąć… Wszystko, co widać, jest ujmujące, a to, czego nie widać, jest jeszcze lepsze! Donżon twierdzy w kształcie czterolistnej koniczyny trudno przeoczyć. Jest odrestaurowany, obiletowany i warto go zobaczyć, ale najważniejsze jest niewidoczne dla oczu: w lesie bowiem ciągną się mury obronne, wały i fosy, które latem ukryte między drzewami podobno całkowicie znikają, teraz są, widać je i działają na wyobraźnię. Większość Tras Enduro Srebrna Góra leci tuż obok, czasem szczytem wału, czasem krawędzią fosy, w której czasem stoi woda. Dlaczego nikt wcześniej mi o tym nie opowiadał? To skandal, że tak późno tu trafiam!
Jest czas. Jest kawa. Jest ciepło. Podjazd asfaltem i szutrem z Centrum Turystyki Niekonwencjonalnej znam. Byłam tu jesienią i nie ma szans, żebym wtedy wykręciła tu lepszy czas. Grzesiek co trzysta metrów pompuje oponę, mój Garmin popiskuje w plecaku, zmęczona jestem jak diabli, bo to piątek – najgorszy dzień w tygodniu, ale bujamy się powoli pod górkę, a pysk mi się śmieje jak młodemu juhasowi w redyk.


“O! O!” Tak reagują dziewczęta, gdy zadarłszy kieckę w lesie, trafiają na kamienny obronny mur spadający ku fosie w miejscu planowanej toalety. Te w szortach reagują identycznie. Podoba mi się. Bardzo mi się podoba. Trasa jest naturalna, niezbyt trudna, nie stresuję się ścianką na początku, nie ma sensu się nawet przyglądać, skoro da się ją ominąć.
Muszę się najeździć na Hailu. Za chwilę Liv się o niego upomni, a ja nawet nie wiem, czy go lubię…



Jak dobrze, że mam gdzieś w domu zielone włosy.
Otwarcie sezonu na Trasach Enduro Srebrna Góra nie ma nic wspólnego z rozpoczęciem roku szkolnego. Nic! I tygrysy, i panie domu, i Szkoci, i wróżki, i wampiry, i zakonnice, i szosowcy, i królewny, i Batman, i Darth Vader, wszyscy chcą się najeździć. Nawet ekipa przebrana za endurowców. Oni też.
Nic nie widzę przez moje zielone włosy.
Tarpany grzebią już w ziemi kopytkami i czekają na swoje zadania.
My bujamy się do góry na własnych siodłach. Trasa A, znów pół trasy A, trasa B i trasa C1.
Mamo, nie uwierzysz, zjadłam wątróbkę!
A teraz napiję się piwa i docisnę kiełbasą z ogniska.
A potem znów napiję się piwa i docisnę pierogami.
Święty Antoniczku, ale jestem zmęczona!



Maciek jeździ jak szatan. Uwielbiam patrzeć na ludzi, którzy tak czują rower. Odnoszę wrażenie, że jest mu wszystko jedno, na co wsiada. Nie jęczy o opony, o ciśnienie, szerokość kierownicy. Nie ma w maćkowym jeżdżeniu żadnego wahania. Czasem myślę, że nie mielibyśmy większości ujęć, gdyby kto inny objeżdżał testowe rowery. Maciek zjeżdża tam, gdzie ja nie potrafię się wdrapać na nogach.
Nie mamy dobrego światła. Słońce znika nam co chwilę, a potem wali z całą swoją kosmiczną jaskrawością prosto w obiektyw, zostawiając wyluzowaną twarz Maćka w głębokim cieniu. Krajobraz jest chaotyczny, składa się z miliona łysych gałązek i szutrowej drogi, dopiero dalej porządkuje się w poprześwietlanych szarościach odległych wzgórz.
Pniemy się drogą na Rybnicki Grzbiet, co chwilę przystając i dyskutując nad kolejnymi ujęciami. Ja pstrykam, zmieniam obiektyw, znów pstrykam, pakuję aparat, zakładam mozolnie kask na skołtunione włosy i odpalam Hail’a. W tym czasie Maciek znika właśnie za wzniesieniem. Nasz model, bowiem, potrafi zjechać z Rybnickiego Grzbietu z prędkością 83 km/h i podjechać na niego ze średnią nie niższą niż 25. Testujemy Rometa ERE 500! Das Elekrtofahrrad aus Polen!
Wracamy do Srebrnej, by oblatać jeszcze Rometa na ścieżkach. Słońce jest już niżej i starcza go na tyle, by zrobić kilka fot w wąwozie na początku trasy A. Maciek skacze ze sto razy na hopie, ale trudno go dobrze ustrzelić. W końcu zgarnia swoją Santę, żegna się, a ja dostaję elektryka. Zjeżdża normalnie. Jak każdy ful. Kiedy ścieżka się wypłaszcza, dostaję ataku śmiechu. Kiedy pnie się pod górę, ledwo utrzymuję się ze śmiechu na rowerze. “Szkoda, że cię nie nagrałem!” Mówi Grzesiek. Szkoda. To mogłoby stać się historycznym nagraniem, bo nie wydaje mi się, żeby za kilka lat ktokolwiek jeździł jeszcze na zwykłym rowerze!

W mieście wiosna wywabiła z nor brzydkich ludzi. Są wszędzie. Mają czarne paznokcie, za długie spodnie z wyciągniętymi na kolanach nogawkami i brudne mankiety w swoich kurtkach w kolorze szpitalnego seledynu i brązu. Mają spłaszczone nosy i patrzą tępo w przestrzeń, niczego nie wypatrując, niczemu nie pozwalając się ująć. Jakiś mężczyzna poczęstowany papierosem nie potrafi trafić nim do ust. Walczy z nim, pomaga sobie drugą dłonią. Jest tym udręczony, na twarzy maluje się wyraz prawdziwego cierpienia, nadludzkiego wysiłku. Brzydcy ludzie nie mają poczciwych twarzy, drąży ich niewyobrażalna frustracja, w której nie sposób już chcieć być dobrym. Ktoś o słomianych prostych włosach odpakowuje na stoliczku z ulicznej popielniczki foliowe zawiniątko z jakimś jedzeniem. Jego ręce, popiół papierosów i nieokreślone jedzenie w woreczku tworzą razem coś tak brudnego, że nie da się kojarzyć tego z żywnością. Śmieje się, ale to nie śmiech człowieka, który szarpie się z paczką czipsów i śmieszy go własna nieudolność: zabawna konfrontacja chęci z niemożnością. To śmiech jakiś szalony, nieprzystających do rzeczywistości, nie mający z nią nawet nic wspólnego. Słomianowłosy człowiek może być kobietą, ale to chyba nie ma znaczenia. Poruszający się na wiecznie ugiętych kolanach zgarbieni smarkacze krzyczą coś o kurwach…
Matka z dwojgiem dzieciaków o wzroście dwunastolatków i dorosłych zaciętych twarzach przemyka obok. Dzieci, idące karnie obok matki, nie patrzą na boki, nie obserwują, nie mają nic z dziecięcej ciekawości, nie interesują się pieskiem, wystawą, kwitnącym drzewkiem. Co się dzieje z tym miastem? Co się dzieje z tym krajem? Czy oni potrafią wyegzekwować swoje 500+, czy wiedzą, że im przysługuje?
Brzydcy ludzie nie zagadują ładnych. Pytają o ogień i drobne na bułkę. Ale nie wdają się w pogawędki, nie żartują, nie prawią komplementów, nie upominają. Brzydcy ludzie czują, że nie mają wpływu na świat ładnych, a ładni udają, że to prawda. Tylko dlaczego jest ich tak dużo? Na nic nie czekają, nigdzie się nie spieszą, opanowują miasto dziesiątkami swoich skacowanych bytów, zarażają marazmem wrażliwych gimnazjalistów. Co się stało, że wszystko nie potoczyło się lepiej?
Wstydzę się mojej dwułykowej kawy za 5,90, wstydzę się mojego ciastka i wstydzę się mojego jęczenia o nędzne życie za dwa tysiące.
Muszę to wyjeździć.
]]>Nie znam wyniku. Ani z dziś, ani generalki. Jestem z siebie cholernie zadowolona, ale jeśli ktoś wymyśli jakieś ściganie w najbliższym miesiącu, zrobię mu pizzę z najpodlejszym serem i keczupem i każę zjeść całą. Całą, mówię!!!
Siedzę na tylnym siedzeniu habrowego Seata i patrzę na najpaskudniejszą pogodę tej zimy: poznikały otaczające nas góry, jest ściana wody i wściekle rozfalowane gaje oliwne. Wyświetlacz w samochodzie pokazuje dwa stopnie. Ominęło nas to. Jakimś cudem dostaliśmy w prezencie sześć cudownych wiosennych dni, podczas których jeździliśmy na góralach i leżeliśmy w łóżkach. Na zmianę.
Sierra Nevada właśnie pokrywa się śniegiem.
Jeśli jest jakaś recepta na satysfakcjonujące ukonczenie takiego wyścigu, to jest to “jechanie swojego.” To nie wyścig dla zajączków, mistrzów pierwszych dziesięciu kilometrów. To zawody dla starych upartych wolnossących niemieckich diesli jak ja. Na ¼ mili jestem kiepska, ale po milionie kilometrów wciąż mam silnik!
Wczoraj latały nad nami sępy.
Były piękne!
Nie jestem niewzruszona. Mimowolnie spinają mi się mięśnie, gdy doścignie mnie ktoś, kto nie powinienem mnie doścignąć. Może trochę za bardzo uważam na zjazdach, choć właściwie nie myśle o śrubach tkwiących wciąż w moim obojczyku. Uważam, bo mimo 11 lat ścigania na góralu, wciąż mam mało doświadczenia…
Po 11 latach nie pojęłam rownież mechanizmu, który sprawia, że gdy ja doścignę kogoś, kogo nie powinnam doścignąć, przestaję się męczyć. Przez 25 kilometrów. A przez kolejne 15 umiem jechać zmęczona. I właśnie wtedy zwykle jest meta.
Może w niedzielę przejadę się na szosie na lody z karmelem…?
Inne w czasie Andalucia Bike Race:
VENGA, VENGA! ANDALUCÍA BIKE RACE. ETAP 1 I 2.
LA CHICA FUERTE ANDALUCÍA BIKE RACE. ETAP 3.
DÍA DE CABALLO ANDALUCÍA BIKE RACE. ETAP 4.
DÍA DE MUERTOS ANDALUCÍA BIKE RACE. ETAP 5.
]]>