“Muszę ci zadać parę pytań, bo wiele rzeczy nie wiem.” Powiedział facet, który właśnie zamówił mi kawę. “Ile ty masz lat, Ania?”

Co takiemu powiedzieć? Och, nie wiesz, że kobiety o wiek się nie pyta? No w sumie mogłabym. Albo podać mu rocznik? Niech liczy. Dla mnie parę sekund więcej na odzyskane rezonu…

Po prostu mu powiedziałam. Nawet bez wstępu, że “w tym roku skończę” tyle. Wiecie, tak, jak zrobiłby to niemiecki inżynier. Żeby było dokładnie. Mogłam nakłamać, mogłam się wymigać, ale w moim wieku właściwie nie wiadomo, czy lepiej zaniżyć, czy zawyżyć… Lepiej być dobrze zakonserwowaną pięćdziesiątką, czy zniszczoną słońcem trzydziestką? Hm?

No, mam, tak jakby, swoją opinię!

Ten sam facet stał nade mną przez dużą część naszej pogawędki, gdyż, gdy tylko usiadł, chwytał go skurcz. Too much sport will kill you, powiedziałam wtedy do niego…

Wypiliśmy po dwie kawy. W ramach terapii przeciwskurczowej.

Tak naprawdę, ta rozmowa nie była niezręczna. Bo znamy się strasznie długo i w sumie wiemy, które z nas jest starsze. Po prostu nagle obudzili się w nas niemieccy inżynierowie. W ‘98, po powrocie ze Szkocji, kupiłam od Irka pierwsze porządne opony, gdy po trzech tysiącach kilometrów z sakwami rozpadły się moje supermarketowe. Potem kupiłam jeszcze z piętnaście haków do przerzutki Authora, ramę i parę innych rzeczy. A parę innych rzeczy dostałam. Tak po prostu. Właściwie nie wiem, dlaczego. Może Irek wiedział wtedy, że dwadzieścia lat później powiem mu “dziękuję”.

Ileż możemy mieć lat, skoro mamy dorosłe dzieci?! Dzięki Irek. To dzięki Tobie, ludzie myślą, że mój syn jest moim facetem. To Ty mnie w to wszystko wciągnąłeś! Przez te Twoje rowery, wyglądam lepiej, niż się czuję. 

Moja dorosłość dotarła do mnie wraz z myślą, że chyba czas przestać czekać na kasę na urodziny i święta, a zacząć samej wręczać ją siostrzeńcom. I było to dość niedawno. (Choć w sumie jak babcia daje mi dwie dychy w kopercie, to się cieszę. Dwie dychy to super pieniądz! Taki sprawczy. Nawet do knajpy można już spokojnie z dwoma dychami uderzać!)

Moja obecna “dorosłość” dociera do mnie po każdej jeździe. Dociera do mnie każdego poranka po dniu, w którym byłam na rowerze. Puka do mojej świadomości za każdym razem, gdy gramolę się nieudolnie po jakichś głazach, których nie umiem zjechać (lub podjechać). Olewam kategorie wiekowe – na giga i tak jesteśmy w jednym babskim worze! Kategorie wiekowe mają jednak sens. Mogę być wciąż całkiem szybka na trasie, ale mój organizm “lubi wooolmo”, gdy musi się zregenerować.

Nie wiem, kiedy dokładnie przestałam czuć się młoda. Może jakieś dwa lata temu…

 

Nie wszystko da się wyjeździć

Spokojnie można wyjeździć swoją reakcję na idiotów, z którymi przyszło się zetrzeć. Można wyjeździć irytację z powodu opieszałości kuriera. Da się wyjeździć starcie z czepliwą sąsiadką, “zaciasność” ciuchów po zimie, martwienie się na zapas, stłuczoną szybkę w telefonie, zaskoczenie wydatkami, niepotrzebny pośpiech. Wszystkie emocje, napięcia i stres spowodowane tymczasowym niefartem da się pstryknąć palcem z użyciem roweru. Są, są, a potem znikają z pierwszym równym asfaltem, z leśnym singlem, z zapachem świeżej ziemi, z czystym powietrzem, ze słońcem na gębie.

Nie da się jednak wyjeździć rzeczywistości.

Wieczorem usłyszałam Panią Szydło, która cholernie kiepsko udając entuzjazm (ej, tak mniej więcej brzmi ktoś, komu bardzo, ale to bardzo, pali się dupa, ale jest tak bezczelny, że rozdaje jeszcze awanse), oznajmiła narodowi o prezencie od Jarosława K.

Jeździliśmy tego dnia sporo na mrozie, wypiliśmy też trochę wina i jedyne, na co było mnie stać, to jakieś przekleństwo.

Przerasta mnie to. Po prostu mnie to kładzie na łopatki i każe kwiczeć. Pan J.K. za moje pieniądze rozdaje prezenty, które mają uratować dupę jemu i jego koleżkom – ekipie, która na moich oczach rozpieprza dość liczny europejski naród. Która na tym narodzie eksperymentuje. Jak doktor Mengele. Tu utniemy, tam zszyjemy, tutaj podamy truciznę, tu będziemy karmić, tam głodzić i zobaczymy, ile wytrzymają, a przy okazji sprzedamy ich futra i kosztowności. Zrobimy eksperyment, jak bardzo można omamić duży mądry naród, gdzie dać, żeby nie poczuli, że zabieramy, jak rozkraść, posprzedawać, napełnić brzuchy, napić się i rechotać przy tym rubasznie, że “pan panu majstrowi może skoczyć” i państwo z tej śmiesznej Unii też. Podobno gangrenę od wieków leczy się tym samym sposobem – amputuje się zakażone tkanki. Tylko jak przekonać lekarza, któremu ktoś wsadził w nos plik banknotów i ten nie czuje, że śmierdzi, że to gangrena?

Obudziłam się następnego dnia rano i pierwszą rzeczą, jaką powiedziałam (a ja nie łapię od razu kontaktu z rzeczywistością) było: ten kraj potrzebuje zamieszek. Nie wiem, czy coś mi się śniło, czy ciągle trzymała mnie niewyartykułowana wściekłość z wieczora, ale ta myśl była jak błyskawica. Jak efekt obliczeń najnowszego i9!

Podobno bez kawy, w pidżamie, na bosaka i w pojedynkę zamieszki mogą się nie udać…

Jak mam wyjeździć myśl, że jadę z kanistrem nitrogliceryny na plecach?

Nie potrafię wyjeździć braku pomysłu na godne życie i nie umiem wyjeździć bezsilności.

 

Jadę, walę kilometry, noga robi się mocniejsza, może jest już nawet gotowa na ściganie, ale nie robi mi się lepiej.

 

W progu za każdym razem wita mnie któryś z moich kotów: Rocky, Złoty i Trekuś. Prawie koty. Prawie starej. Prawie panny.