Z życiem jest jak z jazdą góralem w ciemnościach. Nie przewidzisz. Reaguj. I miej nadzieję, że nie pierdolniesz.

Tak sobie pomyślałam czekając w ciepłej biurowej kuchni na swoje poranne espresso … nic konkretnego się nie wydarzyło, a właściwie wydarzyło się tak wiele, że dziwię się, że ostatnie dwa lata mnie nie zabiły. Fakty są jednak dość jednoznaczne: żyję. Całkiem stabilnie… jak na jazdę w ciemnościach po wertepach. Może to kwestia ciśnienia…

Późnym latem mijaliśmy z Jackiem pewien dom na skrzyżowaniu. Parę razy. Śląska kamienica, dzieciaki przed domem, zdeptana licha trawa, panienka wychylona z okienka i pan odkrzykujący na zaczepki sąsiada. Pulchnoramienna panienka wymachując dłonią z papierosem miedzy palcami włączyła się w sąsiedzką dyskusję. Jacek straszył mnie wtedy, że gdybym przestała w końcu marnować czas na kolarstwo, mogłabym uprawiać parapetowy relaks paląc szlugi w oknie na rogatkach Knurowa.
W wieczor Dziadów, zwany helołinem, przebrana za kolarza, sunęłam tamtędy dzierżąc lodowatymi palcami kierownicę, wpatrując się w czarno-czarny asfalt. Panienka i jej uroczy konkubent zaszyli się w ciepło rozświetlonym pokoju i palili łapczywie swoje szlugi nad luksferową popielniczka, a telewizor mówił im, że jest coraz lepiej… Nie przywitali się, a ja pojechałam dalej.

Nasi przodkowie wierzyli, że właśnie teraz lato nieodwołalnie oddaje władzę zimie. W ten dzień duchy przedostają się tutaj z tamtego świata…

Powietrze jest delikatnie wędzone. Jak prosciutto di Pszów. Skropione subtelnie aceto balsamico di kwaśny deszcz. Wszystko szkli się i mieni. Czerwone i zielone światła jak „tak” i „nie” w oczach niedoświadczonej panienki, odbijają się od każdej kropli, każdej drgającej kałuży, przystanku, szybie, blasze, sztormiaku pani i kaloszach chłopczyka. A oni gdzieś na tych swoich majorkach i teneryfach szukają cienistych zaułków. Piją hiszpańskie piwo z aluminiowych puszek, którymi nie uszczęsliwią nawet lokalnych żulików. I wysyłają w świat megabajty zer i jedynek swoich słonecznych fotek, które tu zamieniają się deszcz i rozbryzgują pod kołami ciężarówek sapiących w drodze do kolejnej drogi.

Chyba nie będę już jeździć na rowerze do pracy…

W ten ostatni dzień o 7:45 było zimno. Mijało właśnie moje 1,5 godziny na rowerze, obiad znów wbijał mi się w plecy, źle ułożony w plecaku. Dziś w końcu się nie spóźnię. Kukurydziane ściernisko pięknie błyszczało w chłodnym słońcu, a za mną od kilkunastu sekund skradało się auto. Kierowca zdawał się szukać zaczepki… Ujrzałam kątem oka charakterystyczny dziób beemki i otwarte okno. „Szacunek za ten rower. Obserwuję panią od kilku miesięcy. Miłego dnia!”
Czy ja właśnie pozdrowiłam kierowcę BMW???