Die Toten Hosen znów zagrają!

(Przerwa na dwa sznapsy Jägermeistra).

Już? Mogę?

Lotnisko w Innsbrucku jest wielkości lepszego aeroklubu. Z samolotu widać mulastą rzekę Inn i miasto, które przecina. Wokół wszędzie góry…

Miało lać. Jest słonecznie, upalnie i duszno.

(Lecę jakimś podniebnym “ogórkiem”, który zachowuje się jakby jechał drogą z Ustrzyk Górnych na Wołosate i ledwo utrzymuję telefon w dłoni.)

Wczorajszy launch miejskiego elektrycznego Liv’a był niezwykle inspirujący. (Napiszę o nim więcej, gdy minie okres embargo). Czasem do pewnych spraw podchodzę jak dziecko, które nie wie, że nie wszystkie dzieci chodzą do tego samego przedszkola i nie wszystkie muszą znać Panią Romę. Ja czasem zapominam, że można nie ścigać się na rowerze, nie lubić na nim jeździć, że można nie pracować ośmiu godzin za biurkiem, można też nie wiedzieć, co to Rapha i że można zajechać się na elektryku.

Spokojnie można też mieszać Campari z czerwonym winem.

Inspirujący jest austriacki porządek. Chcę, naprawdę chcę wrócić do domu i ogarnąć mieszkanie.

Kiedy spotyka się ludzi na chwilę, trudno poznać ich historie. To za krótko. Nikt tak szybko się nie otwiera i nikt nie stanowi jasnej całości bez tła za sobą… Można jednak coś od nich “ukraść”. Kształt kreski nad okiem Francuzki (która ni w ząb nie rozumie po angielsku, dlatego z nikim nie gada), pomysł na letniego drinka od obsługi hotelu… Od niektórych kradnie się więcej, czasem bez udziału ich świadomości.

Yolanda
Znamy się od listopada. Ciągłe mam w głowie głos Yolandy, która powtarza ze swoim hiszpańskim akcentem “We are strong women.” Siedzimy na czerwonej skale a wraz z zachodem słońca skrada się chłód, Sterling Lorence trzaska nam foty, podczas gdy Yolanda uczy nas medytacji. Sedona to zwariowane miejsce i nikt za bardzo nie zwraca na nas uwagi. Yolanda nie jest ładna, ani zgrabna, ani młoda. Jest zapracowana i często używa zwrotu “especially women”. Jest zagorzałą feministką, ale potrafię jej to wybaczyć, bo nie jest krzykliwa i nikogo nie ocenia. Jeśli jest okazja, Yolanda zabiera nas na jogę. Ma tak silny akcent, że czasem trudno mi ją zrozumieć, ale bez żadnego oporu, prowadzi godzinną sesję. Yolandzie chciałabym ukraść jej ciepło, którym zwycięża absolutnie wszystko.

Erin
Jest wyższa ode mnie o głowę i chyba jeszcze szczuplejsza. Naszą wycieczkę po tyrolskich pagórkach Erin przejechała swoim elektrykiem w trybie eco. (Nawet ja, na najstromszym podjeździe, włączyłam tryb sport – najwyższy stopień wspomagania. W końcu po to jest!) Erin mówi spokojnie, bardzo wyraźnie, bardzo fachowo. Świetnie prowadzi wszelkie prezentacje. Jest swobodna, żartuje… kiedyś uczyła dzieciaki chemii, teraz jest specjalistką od marketingu w Liv. Wieczorem, ubrana w przeraźliwie wąskie dżinsy i indiańska bluzę, tańczy w hallu centrum handlowego do muzyki generowanej przez człowieka-orkiestrę. Dziwny, mało taneczny rytm, a Erin skacze i wzrusza śmiesznie ramionami, śmiertelnie poważna. Skacze dłużej niż wymagałyby tego wygłupy. Austriacy, sączący swoje winko, zaczynają brać ją za drugą bohaterkę tego muzycznego spektaklu. Może i sami zaczęliby tańczyć, ale się wstydzą. Erin warto ograbić z jej niewzruszonego poczucia słuszności tego, co robi.

Polly
Polly klnie jak szewc. Boże, jak ona pięknie przeklina! Wali prosto z mostu. Nie zastanawia się nad skutkami swoich słów. Jest szczera do bólu (powiedzmy, że rozumiem 70% tego, co mówi). Równie łatwo opowiada o swoich ex, jak komplementuje pierścionek kelnerki. Polly ma rower, jeździ nim po Londynie. Przypuszczam, że nieźle też imprezuje. Poznaję to po kilku zdawkowych wypowiedziach i tempie opróżniania kieliszka. “Pewność siebie” mówi Polly, “jest najważniejsza. Cokolwiek robisz.” Polly stworzyła kolekcję obrazów, z którego każdy przedstawia pupę odziana w kolorowe majty z kryształkami Sworovski. Namalowane prostą grubą kreską, bez światłocienia, bez szczególnych emocji, żadnego rozedrgania, laserunku czy odwrotnie: grubych pociągnięć pędzla. Obrazy trochę jak grafika wektorowa: tło, kreska, wypełnienie… Nie wiem, czy ma talent, ale lubię ją niezmiernie: jest taka cekinowo-kryształkowa, trochę tandetna, londyńska… i pięknie przeklina! Chciałabym ukraść od niej zdanie: “I love my job!” W nim zawarta jest spora część tajemnicy radości życia.

Ludi
Jest jedyną Austriaczką, jaką znam. W dodatku jest z Tyrolu i mówi po niemiecku tak, że nie rozumiem ani słowa. Tych z Tyrolu podobno nikt nie rozumie. Austriacy też nie. Ludi nauczyła mnie ustawiać amortyzator i odkręcać pedały (przy moim trybie życia i tylko dwóch kompletach pedałów to absolutne must know, a nie ma nic gorszego niż walka z pedałem, którego w jakimś amoku zamiast odkręcać, dokręcasz). Ludi nie pozwala też trzymać dwóch palców na klamce hamulca. Ludi znam chyba najlepiej. Spotkałyśmy się do tej pory trzy razy, za każdym razem w innej części świata. Tak bardzo chciałabym jeździć jak ona! Marzę, żeby umówić się z nią na wyprawę, przejechać wspólnie masę kilometrów po jakimś chorym terenie i obserwować, jak jeździ. Jest trochę męska w sposobie bycia, śmieje się, że w wakacyjnych szortach do połowy uda czuje się prawie naga. Od Ludi ukradłabym to jak jeździ i… dom w Tyrolu.

Sterling
Jest tatą dwóch jasnowłosych księżniczek i śmieje się ze mnie, że jem tylko kapustę (oczywiście nie jem, ale wymyśliliśmy, że wszystkie polskie potrawy są z kapusty). Wygląda jak młody Woody Allen, ale gdy robi zdjęcia ściąga okulary. Znamy się od listopada, od tamtego czasu ja zasypałam mój Instagram pół tysiącem zdjęć, Sterling wrzucił trzydzieści. Ale to on jest fotografem! Jest cholernie skromny, niepozorny…nie słyszałam, żeby mówił coś nieprzyzwoitego, rubasznego… może oni w Kanadzie tacy są. Ukradłabym mu nierozpraszanie się pierdołami i kilka ujęć, na które sama nigdy bym nie wpadła. Myślę, że prowadzi życie w którym nie ma nadmiaru… Mogłabym się z nim przyjaźnić, ale myślę, że jemu nie jest to potrzebne.

Robin
Uśmiecha się do mnie, gdy siadam koło niej w lotniskowym autobusie. “Are you from Poland?” pyta. Jest z trzydzieści lat ode mnie starsza, leci do przyjaciół w Będzinie. Z Oklahomy! Rozmawiamy o podróżowaniu, o Alpach, o jeziorze Gosau i zachodzie słońca który rozżarza szczyty nad jeziorem. Mówi tak pięknie, że mogłabym jej słuchać bez końca. Mamy kilka minut, jesteśmy we Frankfurcie i autobus pokonuje tam spory dystans. Pewnie już nigdy się nie zobaczymy… Nie wiem, co jej ukraść… Uśmiech do nieznajomej?

Lot jest spokojny, nad chmurami nie trzęsie. Podnoszę na chwilę głowę i zerkam przez okienko. Pode mną czarne owalne lusterko okolone równą betonową ramką, niżej drugie o nieregularnym brzegu. Rozglądam się gorączkowo, wypatruję jasnej igiełki gdzieś w kierunku naszego lotu. Jest! Pradziad! Mijamy Jeseniki. Nade mną zapala się lampka nakazująca zapięcie pasów. Chwilę wcześniej zastanawiam się, czy łatwo rozpoznać z góry granice państw. Czy coś się zmienia… Przecież nie ma tych kresek, które znam z mapy… Z czego niby miałyby być zrobione: murek, przerwa, kamień, przerwa, murek..?

Mojej walizki nie ma w samolocie. Hm. Moje ulubione gacie z Decathlonu, mój krem BB, kiecko-spodenki, w których łażę na okrągło do pracy. Wolałabym je odzyskać…

A jeśli ta walizka to wszystko, co można mi ukraść…?