Woda przy moich stopach ma kolor butelek po mleku. Dalej robi się bardziej zielona. Nie jest zimna. Właściwie nie wiem, jaką ma temperaturę. Tam, gdzie jest głębsza, widzę małe rybki. Mogę pływać wśród tych kolorowych zwierzątek, nie przerażają mnie, jak dzieje się to zwykle: nie dotykają mnie, po prostu tam są, trochę niematerialne…
Plaża jest bezkresna, pofałdowana, pusta…

Schodzimy z idealnej asfaltowej drogi i wbijamy się w mikrodżunglę. Mikrodżungla jest przejrzysta. Nie ma ściółki, ani traw, ani opadłych liści, ani wiórów kory. Pnie drzew o błyszczących grubych liściach wyrastają z białego piasku, który nie klei się zupełnie do skóry. Drzewa są chłodne. I wszystko jest czyste! Dżungla otwiera się na plażę, morze jest pomarszczone, a wzdłuż wybrzeża gonią się kitesurferzy. Plaża jest wąska i pusta. Wieje i ucisk w mojej klatce piersiowej słabnie. Oddycham bez oporu, który czuję na codzień między żebrami. ON gdzieś tu jest, tylko musimy się odnaleźć… pewnie przyjdzie tu tą samą ścieżką i spyta, czy widziałam te olbrzymie liście. Na pewno je zauważył i na pewno nie może się doczekać, żeby mi o nich powiedzieć.

Nurkuję. Butelkowa, szklana woda stawia memu ciału idealny opór. Nie wysuwam rąk do przodu, właściwie nie wiem, czy mam ręce. Płynę jak delfin, szybko, moja skóra jest sprężysta, współgra z wodą. Rozdzieram nosem płaszczyzny słonecznego światła wbite w głębiny, one eksplodują jak fajerwerki, a potem uspokajają się w kojące falujące łuski. Nie patrzę ku powierzchni. Patrzę w wodę, przez którą z taką łatwością się przebijam. Nie potrzebuję się wynurzać. Nie potrzebuję oddychać.

Od ośmiu lat nie byłam na wakacjach.

Morze śni mi się od kilku dni.

Może w wentylacji pojawił się jakiś grzyb…?

Od czasu kiedy miesiąc temu objechałyśmy z Olką Tatry, zrobiłam na rowerze 1500 kilometrów. Olka przejechała 2500! Nie wiem, jak robi się takie dystanse. Czuję, że jestem zmęczona. Nie potrafię sobie wyobrazić, że mogłabym jeździć jeszcze więcej. “Schudłaś. Jesteś jeszcze chudsza niż miesiąc temu.” Mówi Ola. Mało prawdopodobne, ale nie drążę. Właściwie mogłabym zignorować fakt, że jestem słaba. Dopóki nie muszę niczego wygrać (a nie muszę) moja forma jest bez znaczenia. Po co forma na włóczenie się po polach?

Znów lotnisko. Jestem dramatycznie niewyspana. Piecze mnie mózg i wnętrzności. Żebra, znów takie ciasne, nie pozwalają mi swobodnie oddychać. Boję się jesieni, bo wtedy wszystko jeszcze się nasili.
Zaraz zrobię hop nad kawalkiem Europy, w 24 godziny poznam kilka nowych osób, spotkam znajomych, zrobię kolejne hop z powrotem i pod koniec następnego tygodnia będę sobie mozolnie przypominać, co robiłam w ten weekend. Chmury miejscami są jak przejechane ratrakiem, gdzieś ślad wyjeżdżony czyimś grubym tyłkiem posadzonym na jabłuszku, dalej jak wyplute z rolby, ugniecione, wywalone na kupę. Spod tego wyziera czasem ziemia. Planeta. Ponakłuwana szpilkami, których białe tysiąckilogramowe łebki rzucają cienie na słomiany sztruks pól. A potem już tylko połać usłana rozprutymi starymi wacianymi kołdrami ze schroniska. Nad tym nieruchoma błękitna gładka firanka…

Na lotniskach żyją swoiste, endemiczne gatunki. Faceci w garniturach i bez skarpetek, dziewczyny w ciuchach, których marki po raz pierwszy widzę. Gładcy, opaleni, jacyś lepsi… Przy każdej bramce trochę inni: bardziej blond, bardziej śniadzi, pewniejsi siebie, bardziej wystraszeni, krzykliwi albo stonowani. Ale zawsze z piętnem podróży. Taki lotniskowy gen. Mało tu rozczochrańców z kiepskim makijażem, mało grandżowych typów. Lubię międzylądowania i lubię lotniskowe safari: polowanie na indywidua. Ludzie potrafią być tak nieziemsko piękni!

Zjadłabym kawałek dobrego sera. Właściwie ser mogę jeść na okrągło. Stewardessa rozdaje wafelki. Spytać o ser? Ej, mocie kyjza? Zjem tego wafelka może…

Dwa dni temu, okazało się, że trudno jest przejechać 85 kilometrów w upalne trzy godziny i spóźniłyśmy się na Olki pociąg do domu. Kosztowało nas to dodatkowe 25 złotych na głowę, które w oczekiwaniu na kolejny, wydałyśmy na tajskie żarcie. Było cudownie ciepło, siedziałyśmy na leżakach w centrum miasta. Już dawno zrobiło się ciemno i gadałyśmy o facetach, Himalajach i książkach kucharskich. A potem zrobiłam coś, czego nie robiłam już dawno: zastanowiłam się, czy chce mi się wracać prosto do domu… Dobiłam jeszcze do stówki…

Jutro zamierzam zwiedzić Innsbruck na elektryku.
A w niedzielę Bike Maraton, ale nie wiem…

That’s #howweliv.