Od początku roku tylko jeden weekend na Stravie mam pusty. (Strava to najporządniejszy dokument, jaki sporządziłam w życiu.) Nawet nie lało, ale było jakoś niepewnie. Przesiedziałam go w pracy, a resztę przebimbałam. Z tego, co pamiętam, kazałam pralce zrobić pranie, coś zjadłam, wypiłam litr kawy i obejrzałam ze sto obrazków w Internecie. Niektóre były nawet ładne. To był wyjątkowo okropny weekend.

Pracuję cały tydzień, non stop. Zmieniam tylko biurka i rowery. I zgadzam się na to. Godzę się na bałagan w sypialni, na bałagan na pulpicie, godzę się na szybki manicure nożyczkami do paznokci, na jedzenie w biegu, pisanie relacji po nocach i brak czasu na telefon do siostry.

Każdy miał podobno szansę wybrać sobie zawód, choć w zawodzie królewna i celebryta trudno znaleźć pracę.

Zgadzam się na moje pełne pośpiechu życie, mimo że przynajmniej raz w tygodniu, zwykle w piątkowy wieczór, mam ochotę powiedzieć wszystkim, żeby spadali. Oczywiscie mniej cenzuralnie. Wydaje mi się wtedy, że umiałabym spakować koc i pojechać do lasu na książkę i sok z kartonu.

Rzeczywistość jest taka, że nie czytam przecież książek, sok z kartonu jest słodki, a ja nie wytrzymałabym ani chwili w świadomości, że nie robię niczego wyjątkowego.

Jestem uzależniona od zdarzeń.

Fatbike w zaśnieżonych górach, biegówki w bajkowych Jakuszycach, Andalucía Bike Race, Ślęża, Srebrna Góra, elficka Dolina Bobru, co chwilę inny rower, bez przerwy nowi ludzie, setki zdjęć, artykuł za artykułem. Potem tydzień wypełniony pracą i wieczornym odkopywaniem się z dziennikarskiej dokumentacji weekendu, a ja padam do łóżka z postanowieniem, że coś z tym zrobię, bo tak długo się nie da… Ale nie, chyba nie chce nic z tym robić! To stan idealny, jeśli wokół jest tak pusto. I tak tydzień po tygodniu, coraz bardziej boję się deszczowych weekendów. Jeśli nie jestem w niesamowitym miejscu i nie robię czegoś niezwykłego, czuję, że przestaję istnieć, znikam, staję się bez znaczenia, niewidoczna. Nie potrafię odnaleźć się w świecie, którego nie da się opisać i obfotografować. Czy to cena za ciekawe życie, czy kara za wypełnianie pustki błahostkami? Czy po prostu pracoholizm?

Podobno da się z tego wyleczyć…