Sobota, godzina 18:00. Wysypał się serwer (a być może to ja go wysypałam) i powoli będę się zbierać do domu.
Telefon pluje agresywnie komunikatami ze Stravy. Ktoś cały dzień kradnie mi QOMy, a ja kręcę modelem kotłowni Elektrowni Turów. Nieprzyzwoicie długie treningi, nieprzyzwoicie szybkie treningi, nieprzyzwoita temperatura i generalnie nieprzywzoita perfidia. Pierwszy prawdziwy dzień wiosny. Ostatni dzień zimowego czasu. Niech szlag trafi Elektrownię Turów i niech szlag trafi ten ślimaczy komputer!

Wracam do domu i myślę sobie, że to będzie ostatni dzień, kiedy komuś czegoś zazdroszczę. Że koniec z tym! Że niedziela będzie taka, że cokolwiek zobaczę na Stravie, będę wiedzieć, że i tak miałam lepiej. Subiektywnie lepiej, ma się rozumieć. Doskonale wiem, jak to zrobić i potrzebuję na to siedmiu godzin!

Mogłam podjechać pod granicę i oszczędzić sobie 50 km. Ale to stanowiłoby niewybaczalną rozrzutność przy moich obecnych cięciach budżetowych i ograniczyłoby znacznie stopnień sponiewierania. A w wycieczkach po dwóch tygodniach przerwy o sponiewieranie przecież chodzi. No bo o co innego? Chwałę?

To było prawdziwe sponiewieranie na trasie “wokół bloku”. To znaczy, zaczęło się pod domem i tu skończyło. Pewnie mogłam w tym czasie posprzątać w szafie, napisać artykuł, lub w końcu się wyspać, ale nie – potrzebowałam serpentyn! koniecznie takich, na których jeszcze nie byłam. Mam takowe, ładnie zapakowane w ryżowy papier w różowe rowerki, w zakładce “Routes”. Kokardka zbędna.

Oderské Vrchy, czyli Wzgórza Odrzańskie to najbardziej na wschód wysunięta część Sudetów. Zdarzało mi się liznąć ich wschodni kraniec i potem mlaskać jeszcze przez dłuższą chwilę, próbując nazwać smak, który zostawał na języku. Za mało! Stanowczo za mało. To niewiarygodnie piękne tereny. Puste, dzikie, najeżone podjazdami wśród szczerzących się spod omszałego wąsa skał. Dostaję tam fioła. Tak jak dostaję w Yorkshire. To miejsce gdzie planeta odkrywa swoje wnętrze: zatrzymuję się przy drodze i patrzę jak zahipnotyzowana na pofałdowane jak warstwy francuskiego ciasta spękane skalne rozpadliny. Na ściany z łupka, pod które trudno podejść w szosowych butach, bo zjeżdza się na mini snowboardach prosto do przydrożnego rowu, w kiełkujące jeżynowe zarośla. “Wyjdź stąd, myślę, masz szytki i osiemdziesiąt kilometrów do domu.”

Wieje i zaczynają boleć mnie nogi. Nie pędzę, nie spinam się. Nogi bolą dziwnie: najgorzej, gdy nie pedałuję. Wypiłabym kawę, ale boję się zatrzymać na stacji, że zaczną boleć nie do wytrzymania. Nogawki miały być cieplejsze.

Dom i 173 kilometry na Garminie. Strava mówi, że zgarnęłam dwa QOMy i wspięłam się 2066 metrów pod górkę.

Makaron ze szpinakiem i mascarpone jest naprawdę dobry.

Kto się pisze na powtórkę w kwietniu?