Nie sądziłam, że będę za nim tęsknić. Był w końcu tylko jednym z wielu.

Nie ma go tydzień. Może trochę dłużej. Odszedł tam, gdzie jego miejsce, tam, skąd pochodził. Wiedziałam, że kiedyś to zrobi. Trudno było czasem żyć obok z tą świadomością. Może inni tak potrafią – być tu i teraz, brać garściami, pożerać ten wspólny czas, nasycać się jego obecnością, tym, jaki jest, że zjawił się niespodziewanie i zostanie, dopóki nie będzie musiał odejść. Celebrować jego obecność, ale nie przywiązać się. Dbać, ale tylko tyle, by dało się znieść samotność, gdy odejdzie. Udawać, że do siebie nie pasujemy? Jak to zrobić? Jak po tym wszystkim wzruszyć ramionami?

Wracam teraz później. Nie spieszę się. Właściwie, ociągam. Oglądam w Biedronce szampony, i dżemy, i czytam skład na pasztetach. Może jeszcze skoczyć do Lidla, myślę. Może na myjnię?

Byłoby inaczej, gdyby był. Zmierzch nie byłby taki ciemny i tak wiele jeszcze można by zrobić razem przed nocą. Może nawet umiałabym bez obiadu, zagryzając kromką chleba… Kiedy odszedł, świat został okrojony z miejsc, gdzie mnie zabierał. Wrócić tam z innym i przekonać się, że to nie to samo…? Nie chcę.
Wolę czytać w Biedronce etykiety…

Chciałabym, żeby wrócił. Mój testowy Przełaj.