62,5 kilometra dziennie. Przez osiem dni. To łatwe, ale wcale nie musi się udać. Jeśli zabraknie jednego dnia, średni dzienny dystans do pokonania zwiększa się do 71,4 kilometra. Jeśli zabraknie dwóch – do 83,3. Rapha Festive 500 – 500 kilometrów od Wigilii do Sylwestra, w osiem dni, w zimowej aurze, z barszczem, karpiem i makówkami w brzuchu i z brzęczącym w kieszeni telefonem: “Kiedy będziesz? Wszyscy czekamy.” Jeśli chcesz to zrobić, nie zapraszaj gości na Święta, bo 500:5=100. Ile razy przejechałeś stówę w grudniu? Bo ja nigdy.

Piątek, 23 grudnia. Dzień przed Wigilią.
Praca. Korki. Ostatnie prezenty. Ugotowałam barszcz. Z czterech kilogramów buraków. Z imbirem i jabłkami. Dla 14 osób. Albo więcej. Nie w domu. Wpadłam do siostry, zakosiłam jej imbir, ugotowałam barszcz i pojechałam do siebie. “Będę jutro, ale się spóźnię.” “Ok.” Dlaczego inne rzeczy nie mogą być takie proste?

Sobota, Wigilia Bożego Narodzenia
-2°C
Śpię do dziewiątej. Należy mi się. Tak uważam. Gdybym wyjechała o dziesiątej, miałabym komfort. Zbieram się o 11. Od góry: okulary, kask, buff na głowę, buff na szyję, opaska z Garmina, top, bluza z windstopperem, ciepła bluza, wodoodporna kurtka, długie spodnie, wodoodporne spodnie podciągnięte pod kolana, skarpetki, zimowe buty, zimowe rękawiczki. Błyszczyk.
Garmin głupieje. Marzę, żeby być już w lesie: wieje, zacina czymś w rodzaju śniegu. Nawet jeśli przez chwilę było mi ciepło, to już przestało. W lesie marzę, żeby być już w domu: wieje tak samo, w dodatku wszystkie drogi pokrywa lód. Jestem ledwo szybsza od mijanego w lesie biegacza. Gleba na lewy bok. Biegacz widział. Po godzinie mam 15 kilometrów. Jeszcze 485. Druga gleba jest lepsza: dalej od domu i ze skutkiem technicznym – hak. Skrzywiony. Kocham cię, moja przełajówko i nie pozwolę cię skrzywdzić!
72.5 km.
Spóźnienie na kolację wigilijną: 2 godziny. Barszcz podobno smakował.

Niedziela, Boże Narodzenie.
0°C z tendencją na +
Siódma rano. Jest ciemno. Właściwie nie wiem, czego się spodziewałam. Od miesiąca jest ciemno o tej porze. A może jeszcze dłużej. Miesiące ostatnio jakoś szybko mijają. Wiem, że jeśli mam to zrobić, nie mogę za wiele myśleć. Nie mogę kombinować, ubieranie cywilnych ciuchów tylko opóźni wyjazd. Lampki, garmin, bidon, batonik, kanapki, pompka, dętka, klucze. (Tak, zrobiłam kanapki na rower. Z żółtym serem.) Kawa i wypad. Pada. Coś w rodzaju deszczu. Czterdzieści kilometrów darcia terenem skłania mnie ku refleksji, że nawet na półkuli północnej Rapha Festive 500 jest jednak czelendżem na szosę. Wieje, leje – trudno, i tak będzie szybciej niż lasem.
72 km.
Zero gleb, zero spóźnienia na obiad, 100 ml wody w każdym bucie.

Poniedziałek. Drugi dzień Świąt.
+4°C
Dwa poprzednie dni marzę o czasie. Chcę jechać i nie spieszyć się. Przejechać tyle, na ile starczy mi sił. I to będzie dziś. Szosą po szosie. W luźnych gaciach. Dlatego to może i lepiej, że zrobię to w Czechach. Przestaje padać. Wieje, ale jest sucho, czasem wychodzi nawet słońce. Skrzyżowanie – wybór, kolejne – kolejny wybór, coraz dalej od domu i coraz piękniej i bardziej epicko, i czuję się już jak Odyseusz i jeszcze ten zjazd i zachód słońca i drogowskaz “Opava 25” u stóp rozpoczynającego się właśnie podjazdu. Co? 25 do Opawy i potem jeszcze 50 do domu? Ile jedzie się 75 km po pagórkach o zmroku?
157 km. 1707 m przewyższenia.
Zero gleb. Kawa i burger w Maku – bezcenne. Wróć! 7,50 zł. Wykończone lampki: 2 sztuki.

Wtorek, 27 grudnia.
+1°C
Muszę to napisać: wzięłam urlop, żeby zrobić Festive 500. Dziś akurat mogłam nie brać: od rana wieje, jakby Krzysztof Kolumb zapłacił za to szklanymi paciorkami. Nie chce mi się, normalnie nie mam ochoty, nie mam nawet pomysłu, gdzie… Pół dnia kręcę się po domu: wracam na przełajówkę. Do lasu. Dupa! Chciałam powiedzieć: próżne twe plany, kobieto. W lesie bagno i wali mokrym śniegiem. W dodatku boli mnie kolano. Szosą na przełaju? O, jak ja lubię mówić brzydkie słowa!
56 km.
5 złotych na myjnię. 400 wyświetleń filmu na Instagramie z jazdy w deszczu. Zaczynam wierzyć, że jestem dzikiem.

Środa, 28 grudnia.
0°C
Wciąż mam urlop, umytą w wannie szosówkę, czeskie korony ukryte w kieszonce i plan zagranicznych wojaży z pełnym wyżywieniem. Wieje, jest mróz, ale świeci słońce i są morawskie widoki – uczciwie powinnam wyrzucić ten dzień z Festive500 – jest za dobrze.
95 km, 750 m przewyższenia.
Kolano na wykończeniu. Lekcja do zapamiętania: nie kupuj świeżo mielonej kawy w palarni w Velké Polomi, jej zapach wykończy cię po drodze.

Czwartek, 29 grudnia.
-2°C
Jest lekko zimne pupsko, jest jazda po ciemku, jest zwątpienie i cień mesjanizmu: a imię jego sześćdziesiąt i pięć (kilometrów).
Skończyłam Rapha Festive 500. Co ja mam zrobić ze swoim życiem?

Piątek, 30 grudnia.
-2°C
Na szczęście nie mam już urlopu i mogę wrócić do pracy.
77 km na trasie praca-dom.
Nigdy, przenigdy nie informuj Googla, że zamierzasz podróżować rowerem, chyba że rower jest przełajówką, a ty pragniesz przygody – centrum Górnego Śląska jest zaskakująco zalesione! Dobrze być dzikiem – traktują mnie jak swojego.

Sobota, 31 grudnia Sylwester.
Nie budźcie mnie. Nie chcę. Nie lubię Sylwestra.
12 km, 870 m przewyższenia. Góral.
Szampan i ognisko na szczycie Szyndzielni i pierwsze kilometry w nowym roku po lodzie w dół.

8 dni, 609 kilometrów, 5740 metrów przewyższenia.
Po co mi to? Bo chciałam.
Czy to było łatwe? Dość.
Czy zrobię to jeszcze kiedyś? Wątpię! Przecież ja nie jeżdżę zimą!